Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oppeln. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oppeln. Pokaż wszystkie posty

3/19/2014

Podróż 37. Do Sralpe czy do Caple?

Blog Szymonbike. Blog, który lubię i nienawidzę zarazem (wzbudzanie skrajnych emocji to sztuka wielka, udająca się niewielu przecie, tak więc jak to się teraz mówi - "gratki"). Obojętnie wobec tych wszystkich złośliwości, dokręcania śruby niejakim "trzepakom" przejść nie mogę.

1/02/2014

Podroż 27. Najlepsze kasztany są na ...

Skoro już nie udało mi się wybrać na jeden ze słynnych niemieckich czy austriackich bożonarodzeniowych jarmarków, postanowiłam rozejrzeć się wśród krajowych imprez z tego gatunku.

9/16/2013

Podróż 19. Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie?


Zanim napiszę o wulkanicznym Lanzarote, chciałam jeszcze podzielić się moimi wrażeniami z nietypowej jak na Opole imprezy.

Otóż w kawiarni Laba, o której już kiedyś pisałam, odbyła się impreza pod nazwą Silent Disco (w skrócie SD).

Sobota wieczór, siąpi deszcz, zapadają ciemności i robi się zimno. O mały włos nie zostałabym w domu. Wyzwaniem było przejście przez słabo oświetlony park na Wyspie Bolko. Nie wiem ocb, że co 2-3 latarnia jest wyłączona. Oszczędności w czasach kryzysu?



Po 10 minutach „spacero-biegu” wyłania się Laba. Zbawienie. Muszę przyznać, że lokal wygląda imponująco w egipskich ciemnościach Wyspy Bolko, miał głowę na karku pan Architekt.


Wchodzę do środka, wiary (a tak z poznańska sobie napiszę) jeszcze niewiele. Pytam się o Silent Disco.
W zamian za 10 zł i dowód (nie na "nieoddanie" ale pod zastaw) kędzierzawy chłopak podaje mi bezprzewodowe słuchawki. Tłumaczy, że słuchać można na 3 kanałach, tylu ilu jest na sali DJów, że zasięg słuchawek to 200 m (sprawdzałam do 100 m).





Zakładam słuchawki i rzeczywiście, mam do wyboru 3 DJów, każdy gra coś innego.


Miałam niezły ubaw na Silent Disco, ponieważ:

-ściągnij słuchawki, to się przekonasz. Okazuje się, że tłum ludzi podryguje do … niewiadomo czego. Na Bolko ta cisza nabrała dodatkowego charakteru – w końcu znajdujemy się w zabytkowym parku, blisko zoo, którego mieszkańcy w większości na przepadają za hałasem. Ciemność, padający deszcz i paradoksalnie brak oświetlenia nadały SD wyjątkowego klimatu,





-można się bawić w „do czego ten koleś/ta laska tańczą? Kanał 1, 2 czy 3?”. To była moja ulubiona zabawa. Nie dość, że można było poznać gusta muzyczne zgromadzonych, to jeszcze można było próbować dopasować ich ruchy do bitów płynących ze słuchawek,

-można się bawić w „który DJ obsługuje który kanał? (choć to zabawa na krótką metę). Zastanawiałam się też, co czuje taki DJ? Ciekawość – kto słucha mojej muzy? Niepewność – czy ktoś w ogóle słucha mojego seta?”,

-można porobić zabawne zdjęcia z imprezy. Tłum ludzi w czarnych słuchawkach, kiwający się w prawo
i lewo prezentuje się okazale.

Powtarzając za niezliczonymi stronami poświęconymi Silent Disco – taka impreza to alternatywa dla tradycyjnych imprez, które nierzadko przeszkadzają otoczeniu (hm…a może zorganizować SD na opolskim rynku – tam zawsze jest komuś za głośno?). Przykład to festiwal Glastonbury, gdzie w 2005 roku odbyło się wielkie SD, ponieważ przekroczone zostały normy hałasu.



Rzadko kiedy zdarza się, że muzyka na imprezie podoba się absolutnie wszystkim. Na SD po prostu zmieniasz kanał. A jak chcesz pogadać, to ściszasz/ściągasz słuchawki. I tyle. I nie musisz się wydzierać do swojego rozmówcy, jak to często bywa w klubach.

Oglądać grupę tańczących w ciszy ludzi – bezcenne.

Podobno SD jest ekologiczne – zużywa mniej prądu niż tradycyjne nagłośnienie.


SD jest też dobrą imprezą na czas kryzysu – nie potrzeba ciężkiego i kosztownego nagłośnienia, tak jak
przypadku standardowych imprez masowych.

Same korzyści. Liczę na CDN - bo zabawa była przednia :)

Namiary:
1. organizatorzy: http://www.silentdisco.com.pl/
2. o SD: https://www.facebook.com/events/506703819419071/
3. Laba: http://www.laba-opole.pl/


PODPIS

8/13/2013

Podróż 16. Moje 7 min w PKO BP.

Musiałam odwiedzić dziś PKO BP. Musiałam, bo poprzednie wizyty w tym państwowym molochu nie nastrajały pozytywnie: kolejki do doradców, ci zaś humorzaści i niekompetentni – to może odstraszać przed przestąpieniem progu tego banku po raz kolejny – opóźniałam więc wizytę ile się dało.

Dzisiejsza wizyta w tym banku mnie zaskoczyła. Na plus. Wyglądała mniej więcej tak.


Cel: odwiedzić doradcę w banku i sprawdzić czy na moim koncie, na które wpłacam raty kredytu studenckiego nie ma nadwyżki. Jeśli jest, przekazać tą nadwyżkę na poczet kolejnej raty (pomijam fakt, że musze robić to osobiście, i że nie dzieje się to z automatu).

Minuta 1: podjeżdżam pod bank (nowa siedziba znajduje się w biurowcu na ul. Damrota). Czas operacyjny 16:38. Modlę się, żeby nie było tabunu ludzi jak zwykle. Zapinam rower do znaku „uwaga”. Stojaków brak (czemu mnie to nie dziwi).

Minuta 2: wchodzę do banku, przede mną urządzenie rodem z Poczty Polskiej, kiedy to z uporem maniaka wprowadzała system kolejkowy. Z dotykowego ekranu wybieram „spotkanie z doradcą”. Wyskakuje karteczka z numerkiem „d521”. 

Minuta 3: siadam na krzesełku, rozglądam się po sali operacyjnej. Buczy klimatyzacja, gra muzyczka, na środku sali siedzą czekający na swoją kolejkę klienci (przecież nie petenci hehe).

Minuta 4: nad jednym ze stanowisk pojawia się mój numerek. Podchodzę do stanowiska. Pani doradczyni wstaje (zonk), przedstawia się (zonk) i pyta w czym może mi pomóc. 

Minuta 5: wyjaśniam co i jak. Okazuje się, że nie ma nadpłaty na moim koncie. 

Minuta 6: przypomina mi się, że harmonogram spłat przychodzi na inny niż bym chciała adres. Zmieniamy dane do korespondencji. 

Minuta 7: żegnam się a panią (pani nie próbuje mi sprzedać innych produktów – zonk), wychodzę. Zostało 30 sekund na ochłonięcie. WTF? Czyżby naprawdę się w tym molochu pozmieniało na plus?

PODPIS

7/31/2013

Podróż 14. Mi piace pomodori.



Podobno jakość potrafi się sama obronić. W tym przypadku to walka na śmierć i życie, choć jak to we wszystkich bajkach jest – dobro zwycięża.

Ten wpis jest pełen sprzeczności. Zupełnie jak to miejsce.

Anturaż: osiedle AK, ul. Sosnkowskiego, pasaż. Na zewnątrz nudy (jakby mi nie powiedziano, że tam jest dobre jedzenie, to nie weszłabym do środka). Wnętrze przeciętne. Nastrój: brak. W tle muzyka z radia Zet (a może to były Złote Przeboje? W każdym razie coś niewyróżniającego się bo nie zapamiętałam, choć nie umknęło mojej uwadze, to że było to słabe). Siedząc przy stoliku czuję się lekko obserwowana. Ruch niewielki jak na piątkowy wieczór. 



Kelner, który jest zarazem właścicielem, profesjonalnie doradza wino do zamówionych dań, wyjaśnia tajemniczo brzmiące nazwy potraw, zachwala creme brulee jako „najlepsze od Paryża do Tokio”.
Za nic nie mogę zrozumieć jaka jest idea tego miejsca. W internecie czytam, że miejsce nazywa się „restauracją”. Bar? Wnętrze sprawia takie wrażenie. Lokal z domowym jedzeniem – właściciel podkreśla slowfoodowe aspiracje. Cennik? Restauracyjny. Sposób podania – domowy na nudnych naczyniach, mimo, że sztućce układa nam na stole sam właściciel. Marketing? Strona w Internecie i fanpage na FB pozostawiają wiele do życzenia. Rozumiem, że layout bloga słaby mogę mieć ja ale nie ktoś, kto chce gotować dla ludzi i przy tym z tego żyć.

Wiem, wstęp trochę okrutny – nie jest to jednak typowy hejt, nie do tego zmierzam (na koniec i tak będzie „lajk”).

Przystawka: kalmary z cytrusowym aioli – 23,00 zł. Aioli to u mnie na talerzu żółty sosik, który ma rzeczywiście cytrusowy posmak. W Wikipedii czytam, że to popularny we Francji sos czosnkowy, który w oryginale składa się z majonezu, soli czosnkowej i uprzednio namoczonej a następnie odsączonej bułki. Istnieje sporo wariacji nt. tego sosu. Najwyraźniej spróbowałam jednej z nich.
Sosik smaczny, kalmary (panierowane) troszkę jak dla mnie gumowate (nieco lepsze jadłam
w Radiowej. Podkreślam, nie jestem znawczynią kalmarów – może lekka gumka powinna być). 


Danie główne: wątróbki śródziemnomorskie – 22,00 zł oraz grillowany kurczak po marokańsku – 23,00 zł. Wątróbek specjalnie nie lubię – kojarzą mi się z dzieciństwem, kiedy podawano mi je
w nadmiarze w postaci nazwę to „podstawowej” z cebulką. Przekonało mnie otoczenie wątróbek: skusiła marynata z cherry. Mmm…dobre. Może nie każdemu by pasowało – w końcu doznania kulinarne to w sporej mierze ocena subiektywna – natomiast mnie podobało się, że nie czułam tak bardzo tego wątróbkowatego smaku i zapachu oraz, że skosztowałam wątróbek w słodkawym, nieco karmelowym sosie a nie z czosnkiem lub z jabłkiem lub z cebulką.


Grillowany kurczak po marokańsku miał charakterystyczny, chociaż dość nienachlany orientalny smak. Danie nieco pikantne ale pomogła mi zaproponowana przez właściciela lampka dobrego wina.


Deser: cerme brulee – 12,00 zł i serek mascarpone z karmelizowanym rabarbarem – 10,00 zł.
Drugi raz w życiu kosztowałam creme brulee. Pierwszy raz był w porównaniu z tym creme brulee małą porażką. Za to ten był pyszny – kremowy, pachnący, z chrupiącą karmelową powłoczką i budyniowej konsystencji. Lękajcie się inne creme brulee – właśnie podniesiono wam poprzeczkę.


Połączenia serka mascarpone z karmelizowanym rabarbarem bardzo trafne i na czasie, w końcu mamy sezon na owoce. Deser zachwyca swoją prostotą, choć warto zaufać smakowi a nie wyglądowi tego słodkiego dania (karmelizowany rabarbar jest brązowy – bo i jaki ma być – ale mnie się nie podoba podanie w zwykłej domowej miseczce).

Jedzenie mi smakowało ale w dzisiejszych brutalnych i krwawych czasach nie zaszkodzi popracować czasem nad nie tylko strawą ale też i duchem. Niby to mała, rodzinna knajpka (w mojej ocenie „restauracja” w ogóle tu nie pasuje i ujmuje wręcz miejscu tej rodzinne atmosfery oraz może odstraszać mieszkańców osiedla AK przed przestąpieniem progu miejsca o tak dostojnej nazwie. A poza tym czy połączenie „restauracja” i „nazwa czerwonego warzywa co je dajemy do sałatki greckiej” nie wydaje się być komiczne?) – ja tego nie kupuję. Kupuję za to jedzenie: fajne, oryginalne jak na Opole smaki, ciekawe nazwy, w których przejawia się niesztampowe podejście właścicieli do tematu. Jeśli liczy się dla nas wyłącznie jedzenie, to miejsce jest idealne. 

Myślę, że Magda Gessler nie musiała by nic w zakresie kulinariów zmieniać, bo nie ma czego zmieniać. To czego to miejsce wg mnie potrzebuje to wyjścia na świat, zrzucenia skorupy „fajnej restauracji na osiedlu AK – nie wierzycie, naprawdę taka jest choć może nie zachęca wyglądem” i pokazania, że oprócz tego, że tam się dobrze zje to i miło i przyjemnie można spędzić czas.

PS i pieką tam smaczny chleb (który można sobie zamówić)!

Trzymam kciuki, dołączam do grona fanów.

Namiary:

PODPIS

7/13/2013

Podróż 12. I totally love CT.

Jakże zgadzam się z postem Kolegi z blogosfery dotyczącym blogowania.
Blogowanie wciąga i uzależnia. I uczy nowych umiejętności. Z tego się bardzo cieszę, bo bloga założyłam z premedytacją - po to aby się czegoś nowego nauczyć. Dziś pół dnia siedziałam nad ustawieniami bloga i szablonami. Bardzo pomocny okazał się być ten blog.
Efekt, to parę zmian na blogu (m.in. poniższy podpis, który pojawiać się będzie od tego posta naprzód. Nie mam jeszcze umiejętności i odwagi aby grzebać w kodzie HTML, choć to kuszące. Na dodatek wydaje się nie być nie do opanowania, o czym przekonuje ta stronka), czeka mnie jeszcze ciężka orka żeby mieć wygląd bloga taki jak chcę. Jak widać, stylówa liczy się nie tylko na szosie :). Ale robię to z przyjemnością.
A tymczasem, skoro już się tak dziś rozkręciłam to wrzucam kilka wybranych zdjęć z mojego kolejnego ukochanego miasta: Torunia. Trochę Toruniowi notowania się pogorszyły na korzyść Szczecinka ale nadal zajmuje wyjątkowe miejsce w moim opolskim sercu.
BTW, w tytule posta umieściłam "CT". Wiąże się z tym historyjką. Rok temu zwiedzałam Toruń z przewodnikiem. On się nas, grupy turystów, pyta: "Wiecie, czemu blachy toruńskie mają literki "CT"?". Oczywiście nie wiedzieliśmy. "Bo to oznacza City of Toruń!".
Zdjęcia robione na szybko, między wizytą u klienta, obiadem a powrotem do domu. Plus mojej pracy to delegacje i staram się z nich zawsze wycisnąć ile się da (tak sobie tłumaczę wyjazdy po Polsce, popołudnia i wieczory w samochodzie i pobudki o 4 rano), zobaczyć, spróbować możliwie jak najwięcej, nawet jak padam na nos.




















PODPIS

Podróż 11. Jestem mile zaskoczona.



Ostatni weekend minął mi pod znakiem dziwienia się. Odwiedziłam miejsce, które znałam ze służbowych opowieści. Jakiś czas temu mój Pracodawca wykonywał zlecenie w tamtej okolicy i miejsce to kojarzyło mi się głównie ze sporą fabryką, która zapracowała sobie na złą sławę, bo chodziły słuchy, że zanieczyszcza środowisko. Zakład ów opisywany był przez moich kolegów i koleżanki jako imponujący moloch w środku miasta, istny Mordor rodem z tolkienowskich opowieści.

Nie posiadałam się więc z radości, gdy nadarzyła się okazja aby odwiedzić to miejsce zupełnie prywatnie i na własne oczy zobaczyć "zakład, którego nazwy wypowiadać nie można". Myślałam sobie, że miejsce to wygląda tak: jakieś małe, zapyziałe miasteczko, jezioro a nad nim górujący wielki zakład. O jakże się pomyliłam.
Piątek rano, wyjeżdżamy o 7.00, mknę autostradą A4 do Wrocławia, przejeżdżam obwodnicą miasta po nowym (moim ulubionym) moście, który sprawia, że czuję, że mieszkam w naprawdę zacnym europejskim państwie (ale tylko przez chwilę, bo za moment sielanka komunikacyjna kończy się i wjeżdżasz na dwupasmową S11, która wlecze się do Poznania). Przejechać przez ezoteryczny Poznań nie jest łatwo, szczególnie, że uderzamy w kierunku Piły i droga robi się tak jakby węższa, a ruch wzrasta wprost proporcjonalnie do kilometrów jakie zostawiamy za sobą.




Nasze miejsce docelowe znajduje się 170 km od Poznania, 170 km od Szczecina, 70 km od Koszalina i nazywa się Szczecinek.


Teraz do rzeczy - dlaczego się dziwiłam?
Przede wszystkim moje wyobrażenie o Szczecinku zostało skorygowane. Nie jest to zapyziałe miasteczko, w którym jest jezioro, "zakład, którego nazwy wypowiadać nie można" i długo, długo nic. Szczecinek, to średniej wielkości miasto, które jest czyste, ma fajną przestrzeń publiczną i chyba dobrego gospodarza, bo na każdym kroku widać, że miasto jest ambitne i chce się rozwijać.



 
Na elementy mojego zdziwienia, które naturalnie wynikały z tego, że zaczęłam zestawiać ze sobą to, co my opolanie mamy w Opolu z tym co szczecineczczanie mają w Szczecinku, składały się:

-kilometry ścieżek rowerowych (oświetlonych!). Zaczynam od tego, co mnie najbardziej interesuje. Szczecinek ścieżkami rowerowymi stoi. Ścieżka rowerowa otula jezioro Trzesiecko, ścieżki rowerowe przebiegają przez miasto i rynek. Zwróciłam na to szczególną uwagę, bo pamiętam historię znikającej ścieżki rowerowej na ulicy Krakowskiej. W Opolu ścieżki się kurczą, a szkoda.











-jeden z większych wyciągów do wakeboarda w Polsce. Znamy to. Mamy wyciąg na Malinie i wiem od znajomych, że cieszy się sporą popularnością. Tak samo jest w Szczecinku, z tym, że wyciąg jest "nieco" większy (to najdłuższy wyciąg w Europie – 1100 m). Oczywiście nie odważyłam się spróbować, choć byłam już o krok od założenia deski. I jeszcze ciekawostka dla ekologów: wyciąg sprzyja ekologii – szacuje się, że jego użytkowanie tylko podczas jednego sezonu porównywalne jest z wpompowaniem do wody 75 ton tlenu. Wzmocni to działania pracujących już na jeziorze Trzesiecko aeratorów – nowatorskiej technologii utrzymującej nieskazitelną czystość wody (znamy. Mamy aż jeden na średnim jeziorze w Turawie). Może Gmina Turawa pomyśli o takim rozwiązaniu w przyszłości i zainstaluje areatory na pozostałych jeziorach?






-Mysia Wyspa i zagospodarowane (i bez sinic) Jezioro Trzesiecko – uroczy zakątek nad jeziorem Trzesiecko, który wyłania się spośród lasów. Trochę przypomina mi naszą Wyspę Bolko i Kąpielisko Bolko, które zupełnie niedawno nabrały bardzo przyjemnych kształtów i stały się miejscami tłumnie odwiedzanym przez opolan, co było możliwe dzięki zabiegom rewitalizacyjnym i pojawieniem się na Wyspie Bolko uroczej kawiarenki Laba, o której pisałam jakiś czas temu. Ale "let's face the facts": widzieliście leżaki z palmami, zaplecze gastronomiczne, przystanek miejskiego autobusu, tramwaj wodny na Kąpielisku Bolko? Bo ja nie. I szczęka mi trochę opadła, że powyższe jest już od dawna obecne na Mysiej Wyspie i jeziorze Trzesiecko.










-siłownia na powietrzu. Znamy, mamy. Tam też znają i mają.
-wrzosowiska. Znajomi powiedzieli mi, że parę kilometrów za Szczecinkiem, po drodze do Drawska Pomorskiego, w okolicach Bornego Sulinowa, znajdują się wrzosowiska. Nazywają się Wrzosowiska Kłomińskie i są największymi w Polsce i jednymi z największych w Europie. Wrzosowiska znajdują się na terenie byłego poligonu wojskowego, na którym do niedawna było pełno niewybuchów. Jako, że mam sentyment do angielskich wrzosowisk i powieści "Wichrowe wzgórza", których akcja na wrzosowiskach między innymi się rozgrywa, wybrałam się wrzosowiska zobaczyć. Muszę przyznać, że widoki po drodze na wrzosowiska są piękne. Pagórki a na nich zboża, których nazw naturalnie nie znam, zielska, które kolorem imitują lawendę, drewniane kościoły. Nie udało mi się wszystkiego obfotografować ale znalazłam fajny fotoblog o Szczecinku i okolicach. Warto pooglądać. Na wrzosowiska lepiej nie wybierać się samochodem - droga jest dosyć "bumpy" jak to mówią Anglicy. Rower będzie idealny. Acha, no i lato to nie jest najlepsza pora na podziwianie koloru wrzosowego, bo go o tej porze roku nie uświadczysz. Wrzosowiska zapraszają jesienią. Tym niemniej, jest to spory, pagórkowaty kawałek terenu, gdzie nie działają komórki, słychać tylko szum wiatru i cykanie świerszczy. Takie trochę „in the middle of nowhere”, które jest super odskocznią od „big city lights”. Teren będzie też ciekawy dla lubiących militaria. W tamtych okolicach była baza wojsk radzieckich (łącznie z osiedlami dla żołnierzy), a w Szczecinku znajdują się pozostałości bunkrów, które można zwiedzać z przewodnikiem, i myślę, że warto, bo to kawałek historii. Bardzo ciekawy wpis o poligonie i wrzosowiskach znalazłam tutaj.




-best lounge bar ever/zagospodarowane centrum miasta/baza hotelowa. Szczecinek i okolice (które przewodniki nazywają Pojezierzem Szczecineckim) to nie tylko natura. Miasto ma też swój urok. Ma też lounge bar, jakiego może mu zazdrościć nawet ezoteryczny Poznań. Piątek wieczór. Stwierdzamy, że pojedziemy sobie na piwo do miasta. Mając w głowie przeświadczenie, że w takich małych miasteczkach będzie pewno trudno o fajne miejsce gdzie można napić się piwa, skierowaliśmy swoje kroki w stronę baru o dziwnej nazwie Sintji. Wchodzimy na ogródek i piwny i zonk. Znajdujemy się nie w jednej z wielu małomiasteczkowych mordowni, tylko w stylowym lounge barze. Wystrój określiłabym jako skandynawsko-orientalny, co potwierdza później nasz znajomy, informując nas, że właścicielką Sintji jest Belgijka. W centrum "ogródka piwnego" drink bar i krzątający się, elegancko ubrani barmani. Naokoło leżaczki, pufy, bambusy, kamienne rzeźby i ... jaccuzi. Znowu musiałam trzymać szczękę.








-Szczecinek aspiruje by być miastem turystycznym. Jest w nim rozwinięta baza hotelowa, która jest dostosowana do grubości portfela. Mnie udało się być w hotelu z górnej półki, co było możliwe dlatego, że znam uroczych Właścicieli tego hotelu, którzy aktywnie uczestniczą w społeczno-kulturalnym życiu miasta.
-ale to nie koniec: jeśli nie interesuje Cię, żadne z powyższych możesz jeszcze: popływać kajakiem miedzy jeziorami Pojezierza Szczecineckiego (uwaga! Można dopłynąć do samego morza), popływać rowerkiem wodnym a la łabędź po jeziorze Trzesiecko, łowić ryby zaszywając się w jednej z wielu zatoczek jeziora Trzesiecko, iść na basen (w Szczecinku jest całkiem spory Aquapark), iść do kina, grać w tenisa na krytych kortach, iść na zakupy (w Szczecinku są 2 galerie handlowe), opalać się na miejskiej plaży albo na plaży na Mysiej, zrobić sobie ognisko na jednym z specjalnie przeznaczonych, usianych wokół jeziora miejsc, posiedzieć na ławce w parku pełnym różanych krzewów. A jak masz 60 lat i więcej to dostaniesz jeszcze różne zniżki jeśli wyrobisz sobie kartę „60 plus”. A jak to za mało, to przyjedź do Szczecinka na zlot baloniarzy albo na mistrzostwa Polski w wakeboardzie. Jest z czego wybierać.


Wynik. KO dla Szczecinka.

W jednym z moich postów chwaliłam Opole. Jest za co. Tym niemniej jednak, zabiegi jakie wykonuje nasze miasto aby stworzyć wizerunek Opola jako miejsca do życia już dawno zostały wykonanie w czterdziestotysięcznym Szczecinku. Nie wiem jak oni to zrobili ale myślę, że wielu władzom samorządowym w Polsce przydała by się wizyta studyjna w Szczecinku.

Mam nadzieję, że to widać jak się czyta post: zaczęłam od górującego nad miastem Mordoru. Trzy dni w Szczecinku pokazały mi, że miasto nie kręci się wokół „zakładu, którego nazwy wypowiadać nie można”. Szczecinek to znacznie więcej, choć nie da się ukryć, że Mordor jest największym pracodawcą w mieście i jest również siłą napędową zmian w gminie.

I jeszcze jedno, ważne dla tych , co nie wypuszczają z dłoni smartfona i tableta: w Szczecinku świetnie działa Internet, zarówno ten płatny jaki i w punktach Wi-Fi.

Szczecinek wysuwa się na miejsce pierwsze w moim rankingu ulubionych miast w Polsce.

Namiary
-http://www.szczecinek.pl/
-http://iszczecinek.pl/
-http://e-wakeboard.pl/miejscowki/szczecinek/
-http://szlot.pl/?kategoria=16&id=18
-http://www.sapik.pl/web/?id=0
-http://www.sintji.com/
-http://www.hotelzielinski.pl/
-http://www.marcinwilk.blogspot.com/
-http://www.marekpauli.com/2009borne.htm