Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elbaradweg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elbaradweg. Pokaż wszystkie posty

5/29/2013

Podróż 7. Elberadweg. Fotorelacja 3.

Dzień trzeci wycieczki po Saksonii to podróż w stronę tzw. Szwajcarii Saksońskiej (lub Saskiej Szwajcarii a nie Saksonii Szwajcarskiej jak do tej pory sądziłam, wątpliwości wyjaśnia strona www.poznajsaksonie.pl). 

Zazdroszczę Dreznu, że raptem 40 km od centrum znajdują się góry stołowe. A wszystko otoczone wijącą się zakolami rzeką Łabą.

Pogodę mięliśmy kiepską - tak to już bywa podczas "długich weekendów" - nie można mieć wszystkiego. Mżyło, chmurzyło się i straszyło niskimi temperaturami. Rzadkie promienie słońca witaliśmy z okrzykiem radości. Niestety, pogoda nie zniechęciła tłumów turystów odwiedzających tamte okolice, w tym licznych grup z Polski.

Plan na dzień to zobaczenie na własne oczy Bastei oraz Twierdzy Königstein, do czego gorąco namawiała mnie moja mama, która zwiedzała twierdzę z 30 lat temu.



Na pierwszy ogień idzie most skalny Bastei. Zostawimy samochód na dość sporym parkingu, pozbywamy się 3 Euro, wskakujemy na rowery i ruszamy jak nas znaki prowadzą. Z parkingu biegnie równa jak stół ścieżka pieszo-rowerowa, przejazd nią zajmuje około 10 minut, ścieżka bez większych podjazdów, tak więc nawet amator da radę. Nie mijamy wielu pieszych. Większość dostaje się do Bastei podstawionymi autobusami, a grupy wycieczkowe podjeżdzają autokarami. Tłok zaczyna się tuż przed Bastei. Robi się jak nad Morskim Okiem. Zsiadamy grzecznie z roweru i dalej wędrujemy na piechotkę. Na szczęście rower można przypiąć do stojaka i do skalnego mostu podejść ze 100 metrów. Tuż przed atrakcjami natury zadomowiła się infrastruktura gastronomiczno-hotelowa - w drodze powrotnej nie możemy sobie odmówić Radlera i Wursta :) Uwielbiam ten folklor.





Tłumów nie znoszę, naprawdę. Unikam miejsc przepełnionych turystami. W Bastei ten fakt trzeba było po prostu zaakceptować. Tym niemniej jednak widoki rekompensują wszystko. Są imponujące, zarówno skalny most jak i rozległe tereny usiane górami stołowymi, na które można popatrzeć z kilku punktów widokowych. W ogóle się nie dziwię, że teren Saksońskiego Parku Narodowego jest na tzw. Szlaku Malarzy, którzy jakieś 100 lat temu albo i więcej przybywali tam tłumnie aby inspirować się pięknem tamtych terenów.

Równie imponująca jest Twierdza Königstein, którą widać w oddali obserwując teren z Basei ale zorientowałam się, że to Königstein dopiero jak znalazłam się u bram twierdzy - z daleka wygląda jak jedna z wielu skalnych gór. Zresztą taki był zamysł jej budowniczych, warto dodać, że twierdza nigdy nie została zdobyta przez wroga, za to leżące u jej podnóży miasteczko Königstein tak (nie dość, że przez wrogie wojska, m.in. szwedzkie, to też zupełnie niedawno przez powódź).


Samochód i rowery zostawiamy na specjalnie wybudowanym na potrzeby turystyki, nowoczesnym (płatnym ma się rozumieć) parkingu. Małe podejście pod górę i jesteśmy pod twierdzą, przy kasach. Bilet 10 Euro - trochę dużo jak dla turystów z Polski, jak się potem na szczęście okazuje warto było zapłacić. Na górę wjeżdżamy specjalną, przeszkloną windą, która znajduje się w miejscu dawnego dźwigu - bardzo fajna przejażdżką jak ktoś nie ma lęku wysokości. Ja nie mam :)


Warto dodać, że Twierdza Königstein, to nie jest, jak na początku myślałam, jakiś wielki zamek. Jest to szereg zabudowań (różne budynki wojskowe, kościół, pomieszczenia dla żołnierzy) wzniesione na wzgórzu i otoczone grubaśnym murem. Średnio wnikliwe przejście po terenie twierdzy, która wygląda jak małe, samowystarczalne miasteczko, zajęło nam z 3 godziny. Widoki oszałamiające, jedyne w swoim rodzaju. Nie jestem fanką militariów więc nie wgryzałam się za mocno w szereg wystaw i ekspozycji (stałych i czasowych) jakie można sobie pooglądać; to, co mnie zaciekawiło to głębokuśka studnia - 152 metry w dół.
Przy studni stało 2 panów, którzy z zaangażowaniem opowiadali historię powstania studni oraz zrobili (trafiliśmy na odpowiednia godzinę) pokaz spuszczania wiaderka po wodę. Trwał on z 10 minut i można było go śledzić spoglądając do studni (przez grubą szybę ma się rozumieć) oraz na telewizor, który pokazywał widok z kamery nakierowanej na opuszczające się (nie, panowie nie robili tego dzięki pracy rąk i nóg - za nich pracował silnik).


Koniec dnia w Szwajcarskiej Saksonii to...kebab. Zawsze kiedy jestem u naszych zachodnich sąsiadów kupuję ich "tradycyjne" danie. Wg. mnie najlepsze kebaby są właśnie w Niemczech. Kebab spożywałam w przepięknych okolicznościach natury, siadłam sobie nad brzegiem Łaby po której pływały leniwie statki z turystami i popijając piwo żegnałam się z Saksonią. Do następnego razu :) Auf Wiedersehen.

Namiary:
-bardzo fajna stronka o turystyce po Saksonii, na pewno ją jeszcze odwiedzę: www.poznajsaksonie.pl;
-http://www.saechsische-schweiz-touristik.de/Bastei--pol514.html
-http://www.festung-koenigstein.de/

5/12/2013

Podróż 7. Elberadweg. Fotorelacja 2.


Dzień nr 2 to podróż na północ od Drezna, w stronę kolebki porcelany i wina (tak reklamują ową miejscowość spece od marketingu) - do Miśni. Po drodze mijamy urocze, wypucowane niemieckie wioski, raczymy się piwkiem, winkiem i typowymi niemieckimi posiłkami w występujących co 2-5 km biergarten. 


Zupełnie jakby Niemcy wiedzieli, że co te parę kilometrów należy się strudzonemu wędrowcowi przerwa. Jakby tak zatrzymywać się w każdym napotkanym ogródku piwnym i konsumować nawet niskoprocentowego Radlera (u nas Radler to piwo plus Sprite, u naszych zachodnich sąsiadów to piwo plus lemoniada), to do oddalonej o około 30 km od Drezna Miśni człowiek dojechałby na sporym gazie.

Oznaczenia bardzo zacne (trochę oszukują z kilometrami, raz jest 10 km do celu, po 5 km jest nadal 10 km do celu, a po kolejnych 5 km pozostaje 7 km), droga cały czas prowadzi wzdłuż Łaby - człowiek nie ma prawa się zgubić. 






W drodze powrotnej podejmujemy szybką decyzję aby zobaczyć jeszcze pałac w Moritzburgu. Przewodnik podaje, że to budowla postawiona na sztucznej wyspie; "meta" Augusta II Mocnego, który zatrzymywał się tam podczas polowań. Droga do pałacu okazała się wyzwaniem. Ścieżka rowerowa prowadziła początkowo w mieście, następnie zakręciła do lasu i zaczęła się piąć pod górę. Ściemniało się i mżyło a my jeździliśmy po niemieckim lesie szukając pałacu. Na szczęście nie pożarły nas niemieckie niedźwiedzie.




Wyjechaliśmy z lasu, minęliśmy pola z wielkim, sztucznym, metalowym koniem. Okazało się, że jego obecność jest na polach jak najbardziej uzasadniona - w miasteczku Moritzburg mieszkają koniarze. Na końcu wioski wreszcie jest - pałac. Wokół nie ma żywej duszy - pogoda naprawdę nie sprzyja wycieczkom. Tym niemniej jednak pałac, a właściwie zamek robi wrażenie. Nie jest to żaden leśny domek dla myśliwych tylko wielka "hawira" z oscarowym podjazdem, wielkim parkiem i zapewne okazałymi komnatami. Pstrykamy parę fotek i udajemy się (uciekamy przed deszczem, mgłą i ciemnością) z powrotem do Drezna.

Namiary na pałac w Moritzburgu: http://www.schloss-moritzburg.de


5/04/2013

Podróż 7. Elberadweg fotorelacja 1.

Nastała słynna, wyczekiwana przez naród, szeroko komentowana w mediach ("czy nas stać na 9 dniową majówkę"?) majówka. Plan był ambitny. Bronholm. Nie udało się tym razem. Na szczęście był plan "B" - Elberadweg. Jak wiadomo, wszędzie tam gdzie nas nie ma, nawet trawa jest bardziej zielona, nawet słońce mocniej świeci. Tu miałabym spore wątpliwości...choć wiem, że w opolskim majówka była zimna, pochmurna i deszczowa. W Saksonii, przez która przebiega szlak rowerowy wzdłuż Łaby, majówka była zimna, pochmurna i...deszcz nie padał ale za to mżyło, słońca jak na lekarstwo. Dzień 1 to kręcenie się trochę po Dreźnie (spanko w dzielnicy Neustadt, polecam bo miejsce mam w sobie klimat bohemy a jego mieszkańcy to mieszkanka dziwaków i artystów) oraz wycieczka rowerowa do Pirny.
W tą podróż nie trzeba góry kasy, oczywiście jak ktoś w ogóle nie ma mamony to nie ma co myśleć
o wyjeździe. Cena w hostelu za 1 noc (własne śpiwory i żarcie i dodam, że pokój był zacny, miał spory taras i mieścił się w kamienicy więc czułam się jak mieszkanka Drezna): 22 Euracze, żarcie albo we własnym zakresie albo po drodze (u sąsiadów się nie zginie bo wzdłuż ścieżki pełno jest ogródków piwnych 
jedzeniem od 3 Euro wzwyż).
Elberadweg to ścieżka idealna dla rowerzystów na trekach, kolarzówkach i miejskich rowerach. Amortyzatory nie są wymagane, droga jest gładka jak stół (jest jeden kawałek w Dreźnie, między centrum 
a mostem Blaues Wunder, który jest "kostkowy" - mniej więcej 500 m). Po drodze widzieliśmy: spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów z dziećmi i z psami (i nie należy sądzić, że psy musiały iść piechotą, tak jak w wierszyku "Psie smutki" Brzechwy, o nie. Pieski, dzieci i żarełko znajdowały się w przyczepkach). Do Pirny było około 30 km. Pojechaliśmy także w przeciwną stronę, do miasta porcelany i wina (tak reklamują je Niemcy) Miśni - również około 30 km. Rachunek prosty - 120 km po płaskiej, bardzo dobrze oznakowanej trasie. Nauczona opolskimi doświadczeniami, całą drogę czekałam na jakąś niemiecką wpadkę z gatunku "nagle urywa się trasa", "nie ma oznaczenia", "jedzie się ruchliwa drogą" - i nic. Jestem pozytywnie zawiedziona.








Inne spostrzeżenia:
-całe miasto w ścieżkach rowerowych: trasy wydzielone wprost z jezdni lub wydzielone z chodników;
-Niemcy może nie jak Holendrzy ale również "urowerowani";
-trend to sakwy na bagażnikach (żeby to jedna) i to nie tylko u turystów ale i zwykłych "obywateli"
i przyczepki na dzieci, psy, zakupy i inne manele;
-odgapili od nas (albo my od nich) zwyczaj grillowania i robią to w niezłym stylu. Nie wiem jakie jest prawo w Niemczech ale grillujące watahy ludzi można było zobaczyć w niemieckich parkach. Grillują grupy ludzi - 10 osób i więcej (kto się pisze na wspólne grillowanie?), całe rodziny, paczki znajomych, kółka różańcowe - nie widziałam czegoś takiego w Opolu. Na dodatek grillowanie po niemiecku to grill, namioty, balony, dzieci, psy, latawce, piłka nożna, muzyka.
-mam słabość do dzielnicy Neustadt w Dreźnie: ja określam ją mianem dzielnicy drezdeńskiej bohemy. Pełno tak sklepików, kafejek, jakiś małych biznesów, hosteli - mamy takie miejsce w Polsce oczywiście - np. Kazimierz w Krakowie;
-Niemcy myślą. Oj znacznie bardziej niż my. Mają planistów przestrzeni miejskiej, którzy zaplanowali mieszkańcom miasta ścieżki rowerowe wprost z centrum miasta, wielki park miejski, równe drogi, chodniki, miejsca rozrywki i odpoczynku. I jak tu nie lubić niemieckich miast. Może jakaś wizyta studyjna władz Miasta Opole w Dreźnie (choć u nas i tak źle nie jest tylko ślimaczą się te inwestycje, które już dawno powinny się zakończyć).

Namiary:
-Elberadweg: http://www.elberadweg.de/start.html
-Hostel: http://www.louise20.de/www/content.php
-tu piłam kawę: https://www.facebook.com/tanteleuk?fref=ts
-tu jadłam: http://www.planwirtschaft.de/index.htm
-i tu: http://www.barceloneta-dresden.de/ (ale mi nie smakowało więc piszę ku przestrodze)
-największy park w Dreźnie (jakby im było mało fajnych miejsc): http://www.grosser-garten-dresden.de/de/startseite/