Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcopolka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcopolka. Pokaż wszystkie posty

3/19/2014

Podróż 37. Do Sralpe czy do Caple?

Blog Szymonbike. Blog, który lubię i nienawidzę zarazem (wzbudzanie skrajnych emocji to sztuka wielka, udająca się niewielu przecie, tak więc jak to się teraz mówi - "gratki"). Obojętnie wobec tych wszystkich złośliwości, dokręcania śruby niejakim "trzepakom" przejść nie mogę.

12/10/2013

Podróż 26. 9 listopada było zimno, mgliście i dżdżyście …

Wraz ze znajomymi stwierdziliśmy za norweskim powiedzonkiem, że to nie pogoda ale nienależyty ubiór powstrzymują przed spędzaniem wolnego czasu „outdoors”. Ubraliśmy się zatem ciepło i wyruszyliśmy na Szczeliniec, a dokładniej na Szczeliniec Wielki. 


11/03/2013

Journey 24. The last days of Summer this Autumn. Rejviz and Nowa Huta.


It’s bound to rain in Novemer in Poland. And it is. Everything is grey. Even grass is of grayish colour. So how to cheer oneself up? Well, I still have some pics I took in October during last days of Summer that Autumn.


10/29/2013

Journey 2. Czech Republic in Opole.

In order to start this journey, you would need to go on foot, by bus or by bike (use your own two-wheeled road cruiser or a machine borrowed from Nextbike Opole).

Journey 7. Elbaradweg in pictures. Part 3.

Day three of our “Tour de Saxony” was a journey towards the so-called “Saxon Switzerland” (German: Sächsische Schweiz). I do envy the City of Dresden that only 40 km from its centre there are table mountains. What is more, the mountains are surrounded by a meandering River Elbe, which put together looks really picturesque, I must say. Of course, I am not the first to discover this region, it has been done long, long time ago. Saxon Switzerland is one of the German national parks as well as it lies on the so called “Painters’ Trail.”


10/28/2013

Podróż 23. Ostatnie dni lata tej jesieni. Wyspa Bolko.


Właśnie przestawiliśmy czas z letniego na zimowy i naszła mnie myśl przerażająca: od zeszłej niedzieli do 30 marca 2014 dawka światła jaką przyjmie mój organizm będzie niewystarczająca. Ogarnięta paniką, postanowiłam przygotować kolejnego posta o niekończącym się lecie tej jesieni. Idzie to mniej więcej tak. 


10/08/2013

Podróż 21. Wpis nr 40. Grzybografia w Górach Opawskich.

Ostatni weekend września to wycieczka w moje ulubione Góry Opawskie. Mam do nich jakiś sentyment. Może dlatego tak je lubię, że są takimi polsko-czeskimi górami (choć Czesi pewno powiedzieliby czesko-polskimi górami, bo jednak większa część tych gór leży na terenie Czech) oddalonymi od Opola zaledwie o 80 km. Może dlatego, że jestem czechofilem w ukryciu. Może dlatego, że mam z Górami Opawskimi same dobre wspomnienia. Wycieczka przebiegała żółtym szlakiem, taką trasą: Parking przy skansenie Zlatorudne Mlyny – Náhon – Pod Lysým Vrchem – Hadi Louky – Měděná štola – Zlate Hory (Bohema) - Kostel Panny Marie Pomocné.



Po drodze grzybów do wyboru, do koloru, trujące i te nadające się do spożycia. Nie trzeba było nawet w las wchodzić bo rosły przy drodze. W lesie pełno turystów z Polski ale tez i Czechów. Widać, nie tylko my jesteśmy narodem grzybiarzy.
Od punktu Zlate Hory (Bohema) wchodzi się na drogę krzyżową, która biegnie wzdłuż szlaku żółtego aż do Sanktuarium Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych (czes. Panna Maria Pomocná, niem. Maria Hilf). Stacje ustawione są w szczerym lesie i wyglądają jak małe kapliczki zbudowane z kamieni. Szczygieł pisał w „Zrób sobie raj”, że Czesi to naród mało przywiązujący wagę do religii więc się trochę zdziwiłam, tym bardziej, że na końcu drogi krzyżowej stoi kościół wybudowany stosunkowo niedawno, bo w 1990 roku. Dla tych, którzy nie są zainteresowani spacerowaniem po szlaku jest opcja podjechania pod kościół droga asfaltową ze Zlatych Hor. 










W kościele polski ksiądz. Czyli Szczygieł miał trochę rację :)
Szlak przechodzi obok nowego wyciągu narciarskiego na Příčný vrch (pol. Góra Poprzeczna, niem. Querberg) – najwyższy szczyt Gór Opawskich, który zarazem należy do tzw. Korony Sudetów.

Wejście na tą górę jest fajnie opisane tu. Zgadzam się z jedną uwagą w szczególności: czasy i odległości wskazane na tabliczkach mają się nijak do faktycznego chodzenia. Wszystko podane jest bardzo optymistycznie (małe odległości i niewielka ilość czasu na ich pokonanie), a w rzeczywistości idzie się znacznie dłużej i nie jest to kwestia kondycji wędrowca, bo nie jest ze mną tak źle.












To mi przypomina mojego wujka, który zawsze bardzo optymistycznie przedstawiał mi daną trasę rowerową. Zawsze miała być nie za długa, bez stromizn i w ogóle łatwa. Później nauczyłam się przemnażać, to co mówił, przez dwa – dopiero wtedy mniej więcej się zgadzało :)

Coś czuję, że zimą pojawię się na wyciągu bo wygląda mi on na alternatywę dla zatłoczonego wyciągu na Ramzovej, a Filipovice już mi się znudziły. W ogóle to przerzucam się na biegówki. A gdzie najlepiej jechać na biegówki jak nie do Czech?


PODPIS

9/24/2013

Podróż 20. Wiedeń w Katowicach.

Godzina 13.00. Jestem w Katowicach na ulicy Kościuszki. Właśnie skończyłam spotkanie. Do domu daleko, najbliższy pociąg odjeżdża do Opola o 15.00. Bateria w laptopie już dawno odmówiła posłuszeństwa. Pracować nie będziemy. Może kawa.

Patrzę w lewo i widzę szyld „Krystynka wraca z Wiednia”. Myślę sobie, nazwa dosyć oryginalna, w logo postać, kobieta na skuterze trzymająca w jednej dłoni jakieś dymiące jedzenie. Logo jest pomarańczowe. Obok pomalowany na pomarańczowo rower. Jak jest rower to już jest dobrze, myślę sobie. Wchodzę do środka. Rozglądam się nieco. Przede mną fototapeta ze zdjęciami z pracowni Wiener Werkstätte i moje ukochane sesesyjne esy-floresy. Menu wypisane kredą na ścianie znajdującej się tuż za barem. Moją uwagę zwraca Wiener Schnitzel. Sentyment do sznycla mam ogromny. Zaraz przypomina mi się Wiedeń ze słynną restauracją Figlmüller, w której usiłowałam zjeść sznycel tak wielki, że jego ogrom pokonał mnie i mój żołądek, a jego walorami smakowymi mogłam się delektować w środku nocy popijając wiedeńskie piwo w pokoju z widokiem na Prater. Skąd miałam sznycla w pokoju? To proste. Figlmüller mi go zapakował do papierowej torby z napisem „w tej torbie znajduje się sznycel wiedeński”, z którą potem zwiedzałam Wiedeń.

Więc w Krystynce jest sznycel. Duży plus. 

Rozglądam się dalej. Za barem mruga do mnie wielki, czerwony ekspres do kawy Rancillio. Obok tej wielkiej czerwonej ciśnieniowej maszyny stoją paczki z kawą Julius Meinl. No i znowu powiew Wiednia. W końcu to kawa z przeszło 150 letnią tradycją a jej logo pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa. Zaczynam czuć się jakbym przychodziła do Krystynki nieraz. A podobno lokal nie funkcjonuje od dawna. W ogóle to zabawna historia z ta kawiarnią, w Internecie wyczytałam, że do końca lat 70. XX wieku w tym miejscu funkcjonowała kultowa kawiarnia. Po latach pani Agata Borowczyk przejęła lokal z zamiarem (nieświadomym podobno) otworzenia lokalu w stylu wiedeńskim, bo wróciła po kilku latach z Wiednia do Polski. Przypadek. Hmm…

Zamawiam kawę i ciastko – sernik limonkowy. Potem w domu próbowałam odtworzyć ten specjał – wiadomo – tak dobrze jak w Katowicach tego nie zrobiłam. Ale może tak ma być. Jeśli Katowice to Krystynka. Jeśli Krystynka to na przykład ten sernik. Albo strucla. Wszystko przede mną. Przed Tobą też, jeśli tylko lubisz takie klimaty.

Czas leci wolno, telefon służbowy nie dzwoni, w kawiarni gra cicho muzyczka, za oknami słońce i przejeżdżające tramwaje. W środku na barowych stołkach niesamowita para. Pan i pani. Wiek: 60+. On: siwe, długie za ucho włosy. Kanarkowa marynarka, spodnie również w odcieniu żółtego, mokasyny. Elegant. Ale nie taki perwersyjny typ tylko naprawdę klasa. Ona: szczupła, ładna blondynka. Beżowa, dzianinowa sukienka. But na wysokim obcasie. Kapelusz słomkowy, klipsy. Zero tandety.

Skąd oni się wzięli w Katowicach? A może pamiętają jeszcze czasy tamtej kawiarni?

Nie mogę się powstrzymać i słucham o czym rozmawiają. Są dobrymi znajomymi, przyjaciółmi z dawnych lat. Spotykają się co roku. Rozmowa niesłychana. O minionych, lepszych czasach i tamtym pokoleniu, co już go powoli na ziemi ubywa. Jest nostalgicznie. On wspomina wyjazdy do Warszawy i Berlina, to, że wyrzucono go ze studiów na architekturze w Krakowie, to, że był w wojsku. Ona: „ja chcę coś zobaczyć, pojutrze wyjeżdżam do Warszawy, a potem dalej, do Wiednia. Wiesz, mój mąż do mnie mówi, że mam dobre życie – ktoś musi na nie pracować”. Ta rozmowa jest pogodna, bez narzekań, jak to w Polsce się słyszy. Trochę łamią im się głosy ze wzruszenia, z tęsknoty za tym co było i już nie wróci. Potem śmieją się z jakiegoś zabawnego wydarzenia.

Stolik po lewej okupują dwaj starsi panowie. Popijają moje ulubione (tym razem czeskie) piwo Litovel, rozmawiają, skubią orzeszki.

Wchodzi dziewczyna o figurze modelki i zamawia sałatkę. Ja zastanawiam się oczywiście po cholerę zjadłam ten sernik.

Dwójka włoskich turystów zamawia sznycla. Podjeżdża dostawczak. Kierowca wnosi skrzynki Fritz Koli i kultowego austriackiego napoju Almdudler.

Czy ja na pewno chcę wracać do Opola?

PS sznycla ostatecznie nie zjadłam. Nie szkodzi. Krystynkę odwiedzę jeszcze nie raz.

Namiary: 
https://pl-pl.facebook.com/KrystynkawracazWiednia
http://www.krystynka.com.pl/Welcome.html
PODPIS

9/16/2013

Podróż 19. Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie?


Zanim napiszę o wulkanicznym Lanzarote, chciałam jeszcze podzielić się moimi wrażeniami z nietypowej jak na Opole imprezy.

Otóż w kawiarni Laba, o której już kiedyś pisałam, odbyła się impreza pod nazwą Silent Disco (w skrócie SD).

Sobota wieczór, siąpi deszcz, zapadają ciemności i robi się zimno. O mały włos nie zostałabym w domu. Wyzwaniem było przejście przez słabo oświetlony park na Wyspie Bolko. Nie wiem ocb, że co 2-3 latarnia jest wyłączona. Oszczędności w czasach kryzysu?



Po 10 minutach „spacero-biegu” wyłania się Laba. Zbawienie. Muszę przyznać, że lokal wygląda imponująco w egipskich ciemnościach Wyspy Bolko, miał głowę na karku pan Architekt.


Wchodzę do środka, wiary (a tak z poznańska sobie napiszę) jeszcze niewiele. Pytam się o Silent Disco.
W zamian za 10 zł i dowód (nie na "nieoddanie" ale pod zastaw) kędzierzawy chłopak podaje mi bezprzewodowe słuchawki. Tłumaczy, że słuchać można na 3 kanałach, tylu ilu jest na sali DJów, że zasięg słuchawek to 200 m (sprawdzałam do 100 m).





Zakładam słuchawki i rzeczywiście, mam do wyboru 3 DJów, każdy gra coś innego.


Miałam niezły ubaw na Silent Disco, ponieważ:

-ściągnij słuchawki, to się przekonasz. Okazuje się, że tłum ludzi podryguje do … niewiadomo czego. Na Bolko ta cisza nabrała dodatkowego charakteru – w końcu znajdujemy się w zabytkowym parku, blisko zoo, którego mieszkańcy w większości na przepadają za hałasem. Ciemność, padający deszcz i paradoksalnie brak oświetlenia nadały SD wyjątkowego klimatu,





-można się bawić w „do czego ten koleś/ta laska tańczą? Kanał 1, 2 czy 3?”. To była moja ulubiona zabawa. Nie dość, że można było poznać gusta muzyczne zgromadzonych, to jeszcze można było próbować dopasować ich ruchy do bitów płynących ze słuchawek,

-można się bawić w „który DJ obsługuje który kanał? (choć to zabawa na krótką metę). Zastanawiałam się też, co czuje taki DJ? Ciekawość – kto słucha mojej muzy? Niepewność – czy ktoś w ogóle słucha mojego seta?”,

-można porobić zabawne zdjęcia z imprezy. Tłum ludzi w czarnych słuchawkach, kiwający się w prawo
i lewo prezentuje się okazale.

Powtarzając za niezliczonymi stronami poświęconymi Silent Disco – taka impreza to alternatywa dla tradycyjnych imprez, które nierzadko przeszkadzają otoczeniu (hm…a może zorganizować SD na opolskim rynku – tam zawsze jest komuś za głośno?). Przykład to festiwal Glastonbury, gdzie w 2005 roku odbyło się wielkie SD, ponieważ przekroczone zostały normy hałasu.



Rzadko kiedy zdarza się, że muzyka na imprezie podoba się absolutnie wszystkim. Na SD po prostu zmieniasz kanał. A jak chcesz pogadać, to ściszasz/ściągasz słuchawki. I tyle. I nie musisz się wydzierać do swojego rozmówcy, jak to często bywa w klubach.

Oglądać grupę tańczących w ciszy ludzi – bezcenne.

Podobno SD jest ekologiczne – zużywa mniej prądu niż tradycyjne nagłośnienie.


SD jest też dobrą imprezą na czas kryzysu – nie potrzeba ciężkiego i kosztownego nagłośnienia, tak jak
przypadku standardowych imprez masowych.

Same korzyści. Liczę na CDN - bo zabawa była przednia :)

Namiary:
1. organizatorzy: http://www.silentdisco.com.pl/
2. o SD: https://www.facebook.com/events/506703819419071/
3. Laba: http://www.laba-opole.pl/


PODPIS