Pokazywanie postów oznaczonych etykietą semmel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą semmel. Pokaż wszystkie posty

3/15/2013

Podróż 5. Niepogoda i zupa z batata.

Mam urlop. Urlop jest w UK, czyli Anglii...wróć. W Zjednoczonym Królestwie. Precyzja w nazewnictwie wskazana, bo Anglia to nie Zjednoczone Królestwo, tylko jego część. Nie chcę mieć rozsierdzonych Szkotów, Walijczyków czy Irlandczyków na głowie.

Jest pogoda. To znaczy...nie pada. Tą rzadką aurę należy wykorzystać efektywnie. Wsiadamy w samochód i kierujemy się na północ, nad Morze Północne. Droga się trochę dłuży (czyżby to przez nawigację? zawsze ulegnę pokusie i jej posłucham), słońce zagląda przez szyby samochodowe, niebo w kolorze błękitu - idealny dzień na wycieczkę.

Niestety, zupełnie jak w stereotypowych pogawędkach o angielskiej pogodzie, 60 km przed Whitby sytuacja meteorologiczna ulega dramatycznej zmianie. Dramatycznej - bo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pogoda płata nam figla. Nie ma już słońca, są za to chmury iście burzowe, wiatr i rzęsisty deszczyk.

Dobrze, że zdążyłam sfotografować tzw. Yorkshire Dales w promieniach słońca. Swoją drogą, są dla mnie czymś zupełnie nowym, czego do tej pory nie widziałam. Mamy w Polsce zbliżony cud natury, którym są bieszczadzkie połoniny, tym niemniej jednak, te angielskie połacie wrzosów, mimo, że już nieco przegniłych, robi ogromne wrażenie.

Yorkshire Dales kryją pewną ciekawostkę. Jest to jedna z siedzib RAF, tzw. Flyingdales. Flyingdales to właściwie ogromne radary, które zostały wybudowane w okresie Zimnej Wojny wiadomo po co. Zresztą motto tej akurat (bo jest ich więcej) siedziby RAF brzmi: Vigilamus, czyli "obserwujemy". Flyingdales wzbudza kontrowersje, ponieważ UK i USA dogadały się by umieścić w bazie część tarczy antyrakietowej, co wprawiło okolicznych mieszkańców we wściekłość, bo obawiają się, że instalacja tarczy sprowadzi na nich atak terrorystyczny. Tak czy owak, zwiedzać Flyingdales nie można, natomiast warto obrócić głowę w prawo jadąc przez wrzosowiska A169 w kierunku Whitby i pooglądać ją z daleka. Wrzosy, skały, ogromny teren plus trapezowaty budynek pasują do siebie jak pięść do nosa, choć może i jest w tym jakiś urok.

Ale dość już o siedzibie RAF. Zjeżdżamy z wrzosowisk i wjeżdżamy do miasta. Pogoda napawa grozą, co jak dla mnie jest zupełnie na miejscu, ponieważ opactwo Whitby było inspiracją dla Brama Stokera do napisania Drakuli. Brrr... Pogoda nas nie oczywiście rozpieszcza - śladów słońca brak. Tym niemniej jednak udajemy się na spacer krętymi uliczkami miasta w stronę Whitby Abbey. Aby tam się dostać należy przejść przez most nad rzeką Esk, która to dzieli miasto na dwie części, i wspiąć się na górę po 199 (liczyłam) schodach. Na szczycie piękna panorama miasteczka, która ma jeszcze bardziej portowy i w ogóle morski charakter przez dujący z całej siły wiatr i zacinający deszcz. Przynajmniej tak to sobie wtedy tłumaczyłam.



Caedmon's Rest Cafe na 154 Church Street oferuje nam schronienie przed psią pogodą i ku mojemu zachwytowi proste, ciepłe jedzenie. Biorę zupę z batata, która podawana jest z bułką i masłem. Reszta pije kawę z oldskulowych kubków. Zresztą wnętrze jest równie tradycyjne. Biały, drewniany siding, niebiesko-czerwone akcenty, tablica a na niej dosłownie kilka propozycji, skromna lada. U nas by to chyba nie przeszło. Na szczęście są takie miejsca jak Whitby, i chętnie Whitby jeszcze odwiedzę ale najpierw muszę postudiować "weather forecast".



Namiary:
http://www.yorkshiredales.org.uk/
http://www.bbc.co.uk/northyorkshire/uncovered/fylingdales/
http://www.whitby-uk.com/

2/20/2013

podróż 1. Najbogatszy kraj w Europie.

Nie będę tracić czasu na wymyślanie tytułu tego posta. Myślę, że taki niewyszukany jak ten powyżej oddaje klimat tego miejsca, które mimo, że jest nadęte jak patrzysz na nie okiem turysty, pozbywa się powietrza
z prędkością szalejącego balonu, jak już w nim chwilę pobędziesz.

Weź Ubanę i jedź na Odeons Platz albo na Marienkirche Platz. Zamiast oglądać imponujący ratusz i setkami turystów, idź na Viktualien Markt. Znajdź sobie budkę z jedzeniem, która Ci się najbardziej podoba, bo na przykład ceny są tam niższe niż w budce obok lub kłębi się przed nią więcej ludzi niż przed tą po twojej prawej lub pani w budce ładnie się do ciebie uśmiecha. Poproś o "leberkase mit semmel" (2 Euro) albo o "rostbratwurst mit semmel" (2 Euro) oraz o "kartofelnsalat" (euraczek). W sumie 5 euro. Bułka jest ciepła i chrupiąca, a słodka musztarda nakreśli ci smak typowej przyprawy z Monachium, a nawet całej Barwarii, od kosztowania której Niemiec zaczyna swój dzień ("weisswurst" i słodka musztarda to podstawa na śniadanie, a myślałam, że tylko Brytole jedzą tak solidnie rano). 

Ten prosty posiłek jest całkiem niezłą alternatywą do fast foodów, których pełno na rynku i w jego pobliżu. Tam stołują się głównie turyści, którzy zniechęceni kulinarnymi przygodami skądinąd nie mają już siły, czasu
i pieniędzy aby temat obiadu drążyć dalej. A ja już do Maca w Monachium nie pójdę, bo wiem, że na Viktualien Markt dostanę świeżo i tanio (w porównaniu z Macem). Tubylcy przesiadują tam całymi falangami, więc to chyba najlepsza rekomendacja. 


Na zakończenie moja ulubiona sałatka, która mnie powinna według mnie nosić nazwy sałatka, bo dla mnie sałatka to synonim czegoś zdrowego, jak w reklamach 5x dziennie warzywa i owoce. Poświęć 1 "eurasa"
a do plastikowego kubeczka dostaniesz 100 g gotowanych ziemniaków, niedbale pokrojonych w plastry
w zalewie ziemniaczano-octowej plus kawałeczki smażonego boczku. Daje radę. Zabrałam pomysł na tą "pseudo-salatkę" do domu. Można przygotować wersję "exclusiv", to jest dodać jeszcze pietruszkę
i pokrojonego w małą kostkę ogórka konserwowego.

A jak już się posilisz, to w zupełnie innym nastroju, z pełnym brzuchem możesz błąkać się między straganami na Viktualien Markt, na których leży i kusi to i tamto, robić zdjęcia i jeść wyłącznie oczami, bo brzuch jest na szczęście pełny.

Namiary:
http://www.viktualienmarkt-muenchen.de/
http://www.muenchen.de/int/en/shopping/markets/viktualienmarkt.html