Pokazywanie postów oznaczonych etykietą germany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą germany. Pokaż wszystkie posty

4/26/2014

Podróż 41. Rad w Monachium. Highlights.

Cel: sfotografować tyle jednośladów, ile się da, po to, by jak już się człowiek wnerwi brakiem inrastruktury rowerowej w Opolu, chamstwem "wielokołowców" i bezkarnością złodzieji, przeczytać sobie ten wpis i pomyśleć, że jednak się da.


10/29/2013

Journey 7. Elbaradweg in pictures. Part 3.

Day three of our “Tour de Saxony” was a journey towards the so-called “Saxon Switzerland” (German: Sächsische Schweiz). I do envy the City of Dresden that only 40 km from its centre there are table mountains. What is more, the mountains are surrounded by a meandering River Elbe, which put together looks really picturesque, I must say. Of course, I am not the first to discover this region, it has been done long, long time ago. Saxon Switzerland is one of the German national parks as well as it lies on the so called “Painters’ Trail.”


5/04/2013

Podróż 7. Elberadweg fotorelacja 1.

Nastała słynna, wyczekiwana przez naród, szeroko komentowana w mediach ("czy nas stać na 9 dniową majówkę"?) majówka. Plan był ambitny. Bronholm. Nie udało się tym razem. Na szczęście był plan "B" - Elberadweg. Jak wiadomo, wszędzie tam gdzie nas nie ma, nawet trawa jest bardziej zielona, nawet słońce mocniej świeci. Tu miałabym spore wątpliwości...choć wiem, że w opolskim majówka była zimna, pochmurna i deszczowa. W Saksonii, przez która przebiega szlak rowerowy wzdłuż Łaby, majówka była zimna, pochmurna i...deszcz nie padał ale za to mżyło, słońca jak na lekarstwo. Dzień 1 to kręcenie się trochę po Dreźnie (spanko w dzielnicy Neustadt, polecam bo miejsce mam w sobie klimat bohemy a jego mieszkańcy to mieszkanka dziwaków i artystów) oraz wycieczka rowerowa do Pirny.
W tą podróż nie trzeba góry kasy, oczywiście jak ktoś w ogóle nie ma mamony to nie ma co myśleć
o wyjeździe. Cena w hostelu za 1 noc (własne śpiwory i żarcie i dodam, że pokój był zacny, miał spory taras i mieścił się w kamienicy więc czułam się jak mieszkanka Drezna): 22 Euracze, żarcie albo we własnym zakresie albo po drodze (u sąsiadów się nie zginie bo wzdłuż ścieżki pełno jest ogródków piwnych 
jedzeniem od 3 Euro wzwyż).
Elberadweg to ścieżka idealna dla rowerzystów na trekach, kolarzówkach i miejskich rowerach. Amortyzatory nie są wymagane, droga jest gładka jak stół (jest jeden kawałek w Dreźnie, między centrum 
a mostem Blaues Wunder, który jest "kostkowy" - mniej więcej 500 m). Po drodze widzieliśmy: spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów z dziećmi i z psami (i nie należy sądzić, że psy musiały iść piechotą, tak jak w wierszyku "Psie smutki" Brzechwy, o nie. Pieski, dzieci i żarełko znajdowały się w przyczepkach). Do Pirny było około 30 km. Pojechaliśmy także w przeciwną stronę, do miasta porcelany i wina (tak reklamują je Niemcy) Miśni - również około 30 km. Rachunek prosty - 120 km po płaskiej, bardzo dobrze oznakowanej trasie. Nauczona opolskimi doświadczeniami, całą drogę czekałam na jakąś niemiecką wpadkę z gatunku "nagle urywa się trasa", "nie ma oznaczenia", "jedzie się ruchliwa drogą" - i nic. Jestem pozytywnie zawiedziona.








Inne spostrzeżenia:
-całe miasto w ścieżkach rowerowych: trasy wydzielone wprost z jezdni lub wydzielone z chodników;
-Niemcy może nie jak Holendrzy ale również "urowerowani";
-trend to sakwy na bagażnikach (żeby to jedna) i to nie tylko u turystów ale i zwykłych "obywateli"
i przyczepki na dzieci, psy, zakupy i inne manele;
-odgapili od nas (albo my od nich) zwyczaj grillowania i robią to w niezłym stylu. Nie wiem jakie jest prawo w Niemczech ale grillujące watahy ludzi można było zobaczyć w niemieckich parkach. Grillują grupy ludzi - 10 osób i więcej (kto się pisze na wspólne grillowanie?), całe rodziny, paczki znajomych, kółka różańcowe - nie widziałam czegoś takiego w Opolu. Na dodatek grillowanie po niemiecku to grill, namioty, balony, dzieci, psy, latawce, piłka nożna, muzyka.
-mam słabość do dzielnicy Neustadt w Dreźnie: ja określam ją mianem dzielnicy drezdeńskiej bohemy. Pełno tak sklepików, kafejek, jakiś małych biznesów, hosteli - mamy takie miejsce w Polsce oczywiście - np. Kazimierz w Krakowie;
-Niemcy myślą. Oj znacznie bardziej niż my. Mają planistów przestrzeni miejskiej, którzy zaplanowali mieszkańcom miasta ścieżki rowerowe wprost z centrum miasta, wielki park miejski, równe drogi, chodniki, miejsca rozrywki i odpoczynku. I jak tu nie lubić niemieckich miast. Może jakaś wizyta studyjna władz Miasta Opole w Dreźnie (choć u nas i tak źle nie jest tylko ślimaczą się te inwestycje, które już dawno powinny się zakończyć).

Namiary:
-Elberadweg: http://www.elberadweg.de/start.html
-Hostel: http://www.louise20.de/www/content.php
-tu piłam kawę: https://www.facebook.com/tanteleuk?fref=ts
-tu jadłam: http://www.planwirtschaft.de/index.htm
-i tu: http://www.barceloneta-dresden.de/ (ale mi nie smakowało więc piszę ku przestrodze)
-największy park w Dreźnie (jakby im było mało fajnych miejsc): http://www.grosser-garten-dresden.de/de/startseite/

2/28/2013

Podróż 4. Podróż kulinarna.

Co tu kryć, w tą podróż nie wyruszymy z pustym portfelem...potrzeba nam zamienić złotówki na Euro (dużo Euro), tudzież można poszukać w rodzinie bogatego wujka, który nam tą podróż zasponsoruje.

Kierunek: Bawaria, cel: Obatzda (w karcie: Obatzda)
Tej nieoczywistej dla nas przekąski spróbowałam w uzdrowiskowym Bad Tölz, całkiem uroczej mieścinie, w której zatrzymałam się na obiad, strudzona wysiłkiem po nartach biegowych w Lenggries. O bieganiu w Lenggries będzie osobny post bo biegówki, automat w którym kupuje się bilet aby pobiegać po trasie, traktor jako samochód i kuchania tajska w sercu Bawarii zasługują na swój własny post.
Żeby nie napisać głupot sięgam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Obazta
po informacje, czym Obatzda właściwie jest: "pasta serowa, tradycyjne danie kuchni bawarskiej. Pasta sporządzana jest z rozgniatanego (np. widelcem) sera Camembert z dodatkiem masła i cebuli. Masa przyprawiana jest solą, pieprzem (świeżo mielonym), kminkiem i sproszkowaną słodką papryką, celem nadania charakterystycznej pomarańczowej barwy. Po przyprawieniu z masy formuje się gałki i podaje na liściu sałaty z dodatkami (np. pomidor, rzodkiewka, ogórek konserwowy, krążki cebuli). Całość spożywa się w pokojowej temperaturze, z chlebem żytnim, preclami lub paluszkami. Do popicia służy z reguły piwo pszeniczne".

Wszystko się zgadza, teoria potwierdza się z praktyką, co potwierdzam na załączonym zdjęciu. Koszt tej przyjemności to 6 Euro, choć należy brać pod uwagę, że spożywałam ją w uzdrowisku, gdzie mnożnik wynosi pewno 2.
Kierunek: Bawaria, cel: kiełbaski norynberskie (w karcie: Bratwurst). 
W Bawarii dietę "5x dziennie warzywa i owoce" (w ogóle wszystkie diety, chyba, że jest jakaś, której głównym składnikiem jest pieczone/gotowane mięsiwo i kapusta) należy odstawić na półeczkę, aby pokryła się tam grubym kurzem. W większości knajp, które serwują tradycyjne bawarskie jadło króluje mięso w postaci rozmaitej. To jednak nie to samo co polskie jadło. Przykładem są kiełbaski norynberskie. Portfel staje się lżejszy o 6 Euro a żołądek cięższy o 7 smażonych kiełbasek, zasmażaną kiszoną kapustę, a wszystko polane sosem pieczeniowym i obficie posypane szczypiorkiem (wg mnie, szczypiorek, rzodkiewka, ziemniaki i cebula to są warzywa dla stereotypowego Bawarczyka). Razem z Lebkuchen, czyli piernikami stanowią towar eksportowy Norymbergi, choć, jak zdążyłam się przekonać, nie są żadną egzotyką i znaleźć je można także pod Monachium.

Kierunek: Bawaria, cel: golonka (w karcie: Haxe).
Foldery, znajomi mieszkający za granicą od lat tłukli mi do głowy, że najlepsza golonka jest na "bajerach" :) a ja zdążyłam w te zachęcające opinie uwierzyć i naślinić się na tyle aby moim pierwszym poważnym posiłkiem w Monachium była właśnie owa golonka.

Siadam w jednej z popularnych monachijskich restauracji, która jest jednocześnie browarem, zamawiam golonkę, wydając na nią 16 Euraczy i odliczam minuty kiedy to uśmiechnięta (bo jakżeby inaczej) pani kelnerka przyodziana w tradycyjny strój (ach ten marketing) wniesie na stół golonkę. Jest. Chwytam w dłonie widelec i nóż z zamiarem dobrania się do zachęcająco do mnie mrugającej golonki i...zawód. Nie mogę jej pokroić. Od razu przypomina mi się kreskówka "Asterix" i wielkie uczty, jakie na koniec każdego odcinka odbywały się w obozie Gallów o Obelix, który pożera smakowicie wyglądające mięsa nie używając do tego sztućców. Zaraz postąpię tak jak Obelix, bo z nożem i widelcem nie da rady. Pytam siedzącego obok szwagra, znawcę Niemiec, czy w tu się je wyłącznie oczami? Okazuje się, że golonka przyrządzana na Bawarii różni się ku mojemu niezadowoleniu od golonki jaką próbowałam w Polsce. Niemiecka golonka jest pieczona, natomiast golonka polska (albo raczej śląska, innej nie znam) jest gotowana i pieczona. Tego wieczoru mięska się nie najadłam. Na szczęście na talerzu wraz z golonką występował knedel i ten trochę mi życie umilił. Podsumowując, bawarskiej golonce mówię "nein" i zapraszam wszystkich monachijczyków do Opola aby zakosztowali naszej golonki.