Pokazywanie postów oznaczonych etykietą munich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą munich. Pokaż wszystkie posty

4/26/2014

Podróż 41. Rad w Monachium. Highlights.

Cel: sfotografować tyle jednośladów, ile się da, po to, by jak już się człowiek wnerwi brakiem inrastruktury rowerowej w Opolu, chamstwem "wielokołowców" i bezkarnością złodzieji, przeczytać sobie ten wpis i pomyśleć, że jednak się da.


5/26/2013

Podóż 9. Fajrant na Bolko.



Podróż lokalna. Wsiadamy na rower i jedziemy na Bolko. O mały włos moglibyśmy mknąć tylko po wybranych ścieżkach zrewitalizowanej części parku. Na szczęście dla rowerzystów miasto z pomysłu się wycofało. Oczywiście wszystkiemu winne są media. Takie nasze małe, lokalne przepychanki.
Ale do rzeczy. Upiększanie wyspy obserwuję już od jakiegoś czasu. Monitorowałam układanie krawężników, uklepywanie ścieżek, wylewanie asfaltu, stawianie latarni. Obserwowałam powstawanie jeszcze jednego miejsca. Magicznego domku. Kawałka cywilizacji, wyróżniającego się ciepłymi światłami pośród drzew. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam knajpkę o wdzięcznej nazwie „Laba” na własne oczy, to od razu pomyślałam sobie, że to jest właśnie to – nagle pośród tej przyrody, gdzieś za drzewami i krzakami stoi sobie taki fajny domek i zaprasza cię do środka. Możesz w nim znaleźć schronienie przed upałami, śniegiem i wiatrem. Śmiejesz się pogodzie w twarz i obserwujesz świat przez wielkie okna – niby siedzisz w środku, a masz złudzenie, że jesteś na zewnątrz. Szklany dom Żeromskiego zmaterializował się. 

Zachwyca mnie ten szklany dom z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze wreszcie zniknęła ruina, która psuła mi humor będąc nad stawkiem. Po drugie, w jej miejsce mamy fajną bryłę, która, mimo, że jest nowoczesna, w końcu to beton i szkło, nie przytłacza roślinności, tylko stanowi jej nienachlane dopełnienie. Po trzecie, już nie mogę doczekać się wycieczki na Bolko zimą. Zaśnieżony park i ten szklany, kolorowy domek to będzie wyjątkowa mieszanka. Po czwarte – knajpka jest mimo surowej konstrukcji bardzo przyjemna. W środku miękkie sofy, przełamane plastikiem krzeseł. I te balony – szacun dla pomysłodawców. Na zewnątrz trendy drewniane ławy z poduszkami i sporo miejsca na rowery. I miska z wodą dla psów. I przewijak dla dziecka w toalecie. Po europejsku. Trochę bym zmodyfikowała menu – mogłoby być bardziej autorskie. Może to kwestia czasu, w końcu lokal ledwo co otwarty.

Widziałam w życiu kilka europejskich parków i Bolko zaczyna być takim fajnym miejscem, takim jakim jest Englishe Garten w Monachium czy Tiergarten w Berlinie. Należy dodać, że ani Berlin ani stolica Bawarii nie mają takiego fajnego lokalu w środku swoich "oaz zieleni".
A dodatkowo mamy na Bolko: Panda Art. Festival. W tym roku każdy może być mecenasem kultury
i zasponsorować ten festiwal. 5 zł i możesz poczuć się jak Minister Kultury :)
A, że zainteresowanie miastowych „zielonymi płucami” Opola jest, każdy może zobaczyć na Pasiece. Wygraliśmy z miastem Kopernika, Toruniem, nie będzie piernik pluł nam w twarz, i mamy piękny, kolorowy mural dzięki sprawnemu pospolitemu ruszeniu. Pamiętacie, jak mięliśmy przestać być województwem? Wypraszam sobie :)


Poszperałam trochę w internecie i dowiedziałam się, że autorem projektu "Laby" jest pan Zatwarnicki, ten sam, który stworzył Miejską Bibliotekę Publiczną. Biblioteka startowała niegdyś w konkursie architektonicznym i zajęła pierwsze miejsce. 
Info o lokalu:
http://www.mmopole.pl/artykul/nowa-kawiarnia-na-wyspie-bolko-w-opolu
http://www.strefabiznesu.nto.pl/artykul/opole-nowa-kawiarenka-laba-na-wyspie-bolko
http://www.architop.com.pl/index2.php?id=nagrody


2/28/2013

Podróż 4. Podróż kulinarna.

Co tu kryć, w tą podróż nie wyruszymy z pustym portfelem...potrzeba nam zamienić złotówki na Euro (dużo Euro), tudzież można poszukać w rodzinie bogatego wujka, który nam tą podróż zasponsoruje.

Kierunek: Bawaria, cel: Obatzda (w karcie: Obatzda)
Tej nieoczywistej dla nas przekąski spróbowałam w uzdrowiskowym Bad Tölz, całkiem uroczej mieścinie, w której zatrzymałam się na obiad, strudzona wysiłkiem po nartach biegowych w Lenggries. O bieganiu w Lenggries będzie osobny post bo biegówki, automat w którym kupuje się bilet aby pobiegać po trasie, traktor jako samochód i kuchania tajska w sercu Bawarii zasługują na swój własny post.
Żeby nie napisać głupot sięgam do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Obazta
po informacje, czym Obatzda właściwie jest: "pasta serowa, tradycyjne danie kuchni bawarskiej. Pasta sporządzana jest z rozgniatanego (np. widelcem) sera Camembert z dodatkiem masła i cebuli. Masa przyprawiana jest solą, pieprzem (świeżo mielonym), kminkiem i sproszkowaną słodką papryką, celem nadania charakterystycznej pomarańczowej barwy. Po przyprawieniu z masy formuje się gałki i podaje na liściu sałaty z dodatkami (np. pomidor, rzodkiewka, ogórek konserwowy, krążki cebuli). Całość spożywa się w pokojowej temperaturze, z chlebem żytnim, preclami lub paluszkami. Do popicia służy z reguły piwo pszeniczne".

Wszystko się zgadza, teoria potwierdza się z praktyką, co potwierdzam na załączonym zdjęciu. Koszt tej przyjemności to 6 Euro, choć należy brać pod uwagę, że spożywałam ją w uzdrowisku, gdzie mnożnik wynosi pewno 2.
Kierunek: Bawaria, cel: kiełbaski norynberskie (w karcie: Bratwurst). 
W Bawarii dietę "5x dziennie warzywa i owoce" (w ogóle wszystkie diety, chyba, że jest jakaś, której głównym składnikiem jest pieczone/gotowane mięsiwo i kapusta) należy odstawić na półeczkę, aby pokryła się tam grubym kurzem. W większości knajp, które serwują tradycyjne bawarskie jadło króluje mięso w postaci rozmaitej. To jednak nie to samo co polskie jadło. Przykładem są kiełbaski norynberskie. Portfel staje się lżejszy o 6 Euro a żołądek cięższy o 7 smażonych kiełbasek, zasmażaną kiszoną kapustę, a wszystko polane sosem pieczeniowym i obficie posypane szczypiorkiem (wg mnie, szczypiorek, rzodkiewka, ziemniaki i cebula to są warzywa dla stereotypowego Bawarczyka). Razem z Lebkuchen, czyli piernikami stanowią towar eksportowy Norymbergi, choć, jak zdążyłam się przekonać, nie są żadną egzotyką i znaleźć je można także pod Monachium.

Kierunek: Bawaria, cel: golonka (w karcie: Haxe).
Foldery, znajomi mieszkający za granicą od lat tłukli mi do głowy, że najlepsza golonka jest na "bajerach" :) a ja zdążyłam w te zachęcające opinie uwierzyć i naślinić się na tyle aby moim pierwszym poważnym posiłkiem w Monachium była właśnie owa golonka.

Siadam w jednej z popularnych monachijskich restauracji, która jest jednocześnie browarem, zamawiam golonkę, wydając na nią 16 Euraczy i odliczam minuty kiedy to uśmiechnięta (bo jakżeby inaczej) pani kelnerka przyodziana w tradycyjny strój (ach ten marketing) wniesie na stół golonkę. Jest. Chwytam w dłonie widelec i nóż z zamiarem dobrania się do zachęcająco do mnie mrugającej golonki i...zawód. Nie mogę jej pokroić. Od razu przypomina mi się kreskówka "Asterix" i wielkie uczty, jakie na koniec każdego odcinka odbywały się w obozie Gallów o Obelix, który pożera smakowicie wyglądające mięsa nie używając do tego sztućców. Zaraz postąpię tak jak Obelix, bo z nożem i widelcem nie da rady. Pytam siedzącego obok szwagra, znawcę Niemiec, czy w tu się je wyłącznie oczami? Okazuje się, że golonka przyrządzana na Bawarii różni się ku mojemu niezadowoleniu od golonki jaką próbowałam w Polsce. Niemiecka golonka jest pieczona, natomiast golonka polska (albo raczej śląska, innej nie znam) jest gotowana i pieczona. Tego wieczoru mięska się nie najadłam. Na szczęście na talerzu wraz z golonką występował knedel i ten trochę mi życie umilił. Podsumowując, bawarskiej golonce mówię "nein" i zapraszam wszystkich monachijczyków do Opola aby zakosztowali naszej golonki.