Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogosfera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogosfera. Pokaż wszystkie posty
2/10/2014
Podróż 32. Toskańskie pagórki na opolskiej ziemi.
Jest taki kawałek DW nr 426 między Olszową a Zalesiem Śląskim, który jest jednocześnie cudowny i straszny.
Etykiety:
A4,
annaberg,
Arcelor Mittal,
blogosfera,
DW426,
kedzierzyn,
KeKo,
Kędzierzyn-Koźle,
kmzl,
Koksy,
Olszowa,
opolskie,
pole,
Toskania,
Zalesie Śląskie,
zdzieszowice
7/25/2013
Podróż 13. Wersja pełnometrażowa. Ostrava je barevný!
Czesi nie od wczoraj udowadniają mi, że są
narodem wyjątkowym, który dostarcza mi wielu pozytywnych przeżyć. Weźmy taką
Kofolę - przeżycia natury smakowej albo Davida Cernego - przeżycia natury estetycznej
(dla niektórych tragicznej hehe). Teraz doszły przeżycia natury muzycznej.
21 lipca odwiedziłam oddaloną raptem130 km od
Opola Ostrawę.
Celem wycieczki było uczestniczenie w największym
festiwalu muzycznym w tej części Europy, jak o nim piszą (nie wiem co na to
spece od marketingu festiwalu Open'er) - festiwalu Kolory Ostrawy (w oryginale
Colours of Ostrava).
O festiwalu dowiedziałam sie przypadkiem.
Zupełnie. Poruszona nowa płytą małego Jamiego (nie Oliviera, choć na i płytę
pewno też przyjdzie czas skoro był juz program kulinarny, garnki i porcelana),
zaczęłam szukać, gdzie mogę go obejrzeć na żywo. Wielka Brytania i Niemcy
odpadają - za daleki i za drogo. Aż tu nagle...Eureka! Jamie występuje na
festiwalu Colours of Ostrava. W ruch poszło google i za parę dni miałam już
bilety. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam interesować się samym festiwalem.
Polityka cenowa...hm...Jednodniowy bilet
kosztował mnie 1100 CZK czyli 44 Euro. W porównaniu z ceną za jeden dzień
radości na Open'erze to o parę Euraczy mniej (47 Euro). Dla opolanina wyjazd do
Gdyni jest oczywiście o co najmniej dwie stówki droższy bo trzeba jeszcze się
przetransportować 500 km tam i z powrotem na północ.
Suma summarum, nam mieszkańcom Polski południowej
ekonomicznie lepiej jest wybrać Ostrawę.
Prawdziwy fan muzyki powie – nie chodzi o kasę -
chodzi o wrażenia muzyczne.
Tak więc do rzeczy. Dzień czwarty - ostatni na
festiwalu to zespoły takie jak: Tomahawk, Devenda Banhart, Jon Hassell, Boris
Carloff, Sara Tavares, Sam Lee and Friends, Maria Peszek i Jamie.
Ja wybrałam Sarę, Tomahawk, Marię P., Devenda
Banhart i Jamiego, który miał być ukoronowaniem wieczoru.
Pierwszy raz byłam na takim festiwalu - mnie się
podobało. Sara to muzyka świata - artystka, którą każdy fan audycji Marcina
Kydryńskiego pn. "Siesta" nadawaną w niedzielne popołudnia zna.
Tomahawk dał czadu, choć mnie podobały się
najbardziej kawałki country w ich wykonaniu.
Maria Peszek to idealny match. Jej muzyka, styl
(ubrana w porwaną białą koszulkę i osprajowana czerwoną farbą od szyi w dół) i
zachowanie idealnie pasowały do fabrycznego otoczenia, które nas gościło.
Devenda Banhart wcześniej nie słyszałam i nie miałam na ich temat wyrobionego
zdania. Okazało się, że zespół idealnie wpisał się w nieco sielską atmosferę
niedzielnego wieczoru (stare poprzemysłowe hale dodawały koncertowi tylko
uroku) a Jamie to czarodziej. Zaczarował nas tak, że z nim śpiewaliśmy,
skakaliśmy i wzruszaliśmy się. W małym ciele duży duch - bo Jamie ma może 1 m
50 cm w kapeluszu ale jak ryknie to dreszcz po ciele przechodzi. Dodatkowo
udowodnił, że nie jak jakąś tam komercyjną pop gwiazdką, tylko jazzmanem i
showmanem z krwi i kości. Sprawdzałam - teksty i muzę na płytę napisał i
skomponował w większości sam.
Nie jestem jakimś wielkim znawca muzyki, dlatego
będąc na festiwalu zwracałam tez uwagę na otoczenie, jedzenie, logistykę i
atmosferę. Bo co tu dużo gadać, te elementy też tworzyć powinny całość, nes't
pas?
Otoczenie: trzy literki. DOV – Dolni Vitkovice
(Dolny Obszar Witkowic), które są parkiem przemysłowym i zabytkiem zarazem.
Jakże wspaniały pomysł miało powstałe w 2007 roku stowarzyszenie, które
stwierdziło, że zamiast pozwalać aby nieczynne już kopalnie węgla kamiennego i
instalacje produkujące surówkę żelaza pokrywały się rdzą, strasząc ostrawian i
odwiedzających miasto turystów, trzeba ten teren zrewitalizować i oddać
"społeczeństwu". Wielki piec, który produkował niegdyś miliony ton
żelaza zmienił nazwę na VP1 i z 60 m można podziwiać panoramę Ostrawy i otaczających
miasto gór. Fajnie słuchało się też koncertu Mari Peszek, która idealnie
wpasowała się w przemysłowe klimaty. Zbiornik gazu wielkopiecowego zmienił się
w ogromne centrum kongresowo-konferencyjne, w środku którego znajduje się sala
koncertowa. Tam odbył się koncert Sary Tevares. Tomahawk i Jamie występowali na
wielkim placu, który jest otoczony kominami, halami i szybami.
Gdzie indziej można swobodnie, bez narażenia
życia i zdrowia leżeć, opalać się, pić piwo, słuchać muzyki i chodzić po
terenie przemysłowym?
Logistyka: organizacja, organizacja, organizacja.
Bardzo bezpieczny festiwal. Zero lumpów, agresorów, podejrzanie zachowujących
się typów. Pełno rodziców z malutkimi dziećmi (dzieci można było
"zagospodarować" poprzez pozostawienie ich na różnych warsztatach,
które na szczęście nie przypominały kiczowatych dmuchanych zamków, ufff, tylko
mądre centra edukacyjno-rozrywkowe), sporo osób starszych (może też za sprawą
tańszych biletów dla grupy wiekowej 60+). Bezproblemowy parking. Dyskretna
ochrona. Sporo bankomatów i drogowskazów, dobrze widoczny rozkład koncertów.
A jak ci się nie chciało już nic, mogłeś sobie
poleżeć na hamaku albo na trawie, a jak jeszcze ci się chciało to mogłeś
pozwiedzać wielki piec, łażąc w żółtym kasku po 60 m, albo pograć w ping-ponga
w jednej z fabrycznych hal, albo napić się wina w bunkrze-winiarni albo zatańczyć
street-dance.
Czysto. A to za sprawą niesamowitego pomysłu na
kufle na piwo i inne napoje. Mianowice aby dostać piwo w kuflu trzeba było
sobie kufel kupić, wpłacając za niego zwrotną kaucję. Ale to nie koniec. Bo to
nie był jakiś zwykły kufel z cienkiego plastiku tylko PROkufel z uchwytem i
zabawnym malowidłem. Kufel można było sobie zawiesić na kieszeni w spodniach,
koszuli czy za paskiem. I wierzcie mi, nikt nie chciał ich wyrzucać. Bo taki
kufel to kasa. I każdy "swojego" kufla pilnował. I można go było pilnować
juz na zawsze, co uczyniłam z ochotą jako fanka Kofoli.
Jedzenie: przewaga smacznego i czeskiego nad
fast-foodem, choć i takie się znalazło. Ja próbowałam chińszczyzny (ujdzie), wegetariańskiego
curry (mniam!), langosza (dobre) i węgierskiego, słodkiego specjału po którego ustawiła
się dłuuuga kolejka. Niesiona owczym pędem też sobie w niej stanęłam i nie żałuję.
Na zapitkę było oczywiście piwo: Radegast, który
był sponsorem festiwalu, Fenix podawany z ćwiartką pomarańczy i naturalnie
Kofola.
Na minus: nie wolno było wnosić "profesjonalnych aparatów". Mój Lumix DMC G-3 został uznany za taki. Dlatego zdjęcia są jakości małego, kompaktowego aparatu.
Wnioski: będę tam w 2014.
Namiary:
http://www.dolnivitkovice.cz/default/index/index/lang/pl/site/60
http://www.colours.cz/pl/
7/13/2013
Podróż 11. Jestem mile zaskoczona.
Ostatni weekend minął mi pod znakiem dziwienia się. Odwiedziłam miejsce, które znałam ze służbowych opowieści. Jakiś czas temu mój Pracodawca wykonywał zlecenie w tamtej okolicy i miejsce to kojarzyło mi się głównie ze sporą fabryką, która zapracowała sobie na złą sławę, bo chodziły słuchy, że zanieczyszcza środowisko. Zakład ów opisywany był przez moich kolegów i koleżanki jako imponujący moloch w środku miasta, istny Mordor rodem z tolkienowskich opowieści.
Piątek rano, wyjeżdżamy o 7.00, mknę autostradą A4 do Wrocławia, przejeżdżam obwodnicą miasta po nowym (moim ulubionym) moście, który sprawia, że czuję, że mieszkam w naprawdę zacnym europejskim państwie (ale tylko przez chwilę, bo za moment sielanka komunikacyjna kończy się i wjeżdżasz na dwupasmową S11, która wlecze się do Poznania). Przejechać przez ezoteryczny Poznań nie jest łatwo, szczególnie, że uderzamy w kierunku Piły i droga robi się tak jakby węższa, a ruch wzrasta wprost proporcjonalnie do kilometrów jakie zostawiamy za sobą.
Nasze miejsce docelowe znajduje się 170 km od Poznania, 170 km od Szczecina, 70 km od Koszalina i nazywa się Szczecinek.
Przede wszystkim moje wyobrażenie o Szczecinku zostało skorygowane. Nie jest to zapyziałe miasteczko, w którym jest jezioro, "zakład, którego nazwy wypowiadać nie można" i długo, długo nic. Szczecinek, to średniej wielkości miasto, które jest czyste, ma fajną przestrzeń publiczną i chyba dobrego gospodarza, bo na każdym kroku widać, że miasto jest ambitne i chce się rozwijać.
-kilometry ścieżek rowerowych (oświetlonych!). Zaczynam od tego, co mnie najbardziej interesuje. Szczecinek ścieżkami rowerowymi stoi. Ścieżka rowerowa otula jezioro Trzesiecko, ścieżki rowerowe przebiegają przez miasto i rynek. Zwróciłam na to szczególną uwagę, bo pamiętam historię znikającej ścieżki rowerowej na ulicy Krakowskiej. W Opolu ścieżki się kurczą, a szkoda.
-siłownia na powietrzu. Znamy, mamy. Tam też znają i mają.
-wrzosowiska. Znajomi powiedzieli mi, że parę kilometrów za Szczecinkiem, po drodze do Drawska Pomorskiego, w okolicach Bornego Sulinowa, znajdują się wrzosowiska. Nazywają się Wrzosowiska Kłomińskie i są największymi w Polsce i jednymi z największych w Europie. Wrzosowiska znajdują się na terenie byłego poligonu wojskowego, na którym do niedawna było pełno niewybuchów. Jako, że mam sentyment do angielskich wrzosowisk i powieści "Wichrowe wzgórza", których akcja na wrzosowiskach między innymi się rozgrywa, wybrałam się wrzosowiska zobaczyć. Muszę przyznać, że widoki po drodze na wrzosowiska są piękne. Pagórki a na nich zboża, których nazw naturalnie nie znam, zielska, które kolorem imitują lawendę, drewniane kościoły. Nie udało mi się wszystkiego obfotografować ale znalazłam fajny fotoblog o Szczecinku i okolicach. Warto pooglądać. Na wrzosowiska lepiej nie wybierać się samochodem - droga jest dosyć "bumpy" jak to mówią Anglicy. Rower będzie idealny. Acha, no i lato to nie jest najlepsza pora na podziwianie koloru wrzosowego, bo go o tej porze roku nie uświadczysz. Wrzosowiska zapraszają jesienią. Tym niemniej, jest to spory, pagórkowaty kawałek terenu, gdzie nie działają komórki, słychać tylko szum wiatru i cykanie świerszczy. Takie trochę „in the middle of nowhere”, które jest super odskocznią od „big city lights”. Teren będzie też ciekawy dla lubiących militaria. W tamtych okolicach była baza wojsk radzieckich (łącznie z osiedlami dla żołnierzy), a w Szczecinku znajdują się pozostałości bunkrów, które można zwiedzać z przewodnikiem, i myślę, że warto, bo to kawałek historii. Bardzo ciekawy wpis o poligonie i wrzosowiskach znalazłam tutaj.
-best lounge bar ever/zagospodarowane centrum miasta/baza hotelowa. Szczecinek i okolice (które przewodniki nazywają Pojezierzem Szczecineckim) to nie tylko natura. Miasto ma też swój urok. Ma też lounge bar, jakiego może mu zazdrościć nawet ezoteryczny Poznań. Piątek wieczór. Stwierdzamy, że pojedziemy sobie na piwo do miasta. Mając w głowie przeświadczenie, że w takich małych miasteczkach będzie pewno trudno o fajne miejsce gdzie można napić się piwa, skierowaliśmy swoje kroki w stronę baru o dziwnej nazwie Sintji. Wchodzimy na ogródek i piwny i zonk. Znajdujemy się nie w jednej z wielu małomiasteczkowych mordowni, tylko w stylowym lounge barze. Wystrój określiłabym jako skandynawsko-orientalny, co potwierdza później nasz znajomy, informując nas, że właścicielką Sintji jest Belgijka. W centrum "ogródka piwnego" drink bar i krzątający się, elegancko ubrani barmani. Naokoło leżaczki, pufy, bambusy, kamienne rzeźby i ... jaccuzi. Znowu musiałam trzymać szczękę.
-ale to nie koniec: jeśli nie interesuje Cię, żadne z powyższych możesz jeszcze: popływać kajakiem miedzy jeziorami Pojezierza Szczecineckiego (uwaga! Można dopłynąć do samego morza), popływać rowerkiem wodnym a la łabędź po jeziorze Trzesiecko, łowić ryby zaszywając się w jednej z wielu zatoczek jeziora Trzesiecko, iść na basen (w Szczecinku jest całkiem spory Aquapark), iść do kina, grać w tenisa na krytych kortach, iść na zakupy (w Szczecinku są 2 galerie handlowe), opalać się na miejskiej plaży albo na plaży na Mysiej, zrobić sobie ognisko na jednym z specjalnie przeznaczonych, usianych wokół jeziora miejsc, posiedzieć na ławce w parku pełnym różanych krzewów. A jak masz 60 lat i więcej to dostaniesz jeszcze różne zniżki jeśli wyrobisz sobie kartę „60 plus”. A jak to za mało, to przyjedź do Szczecinka na zlot baloniarzy albo na mistrzostwa Polski w wakeboardzie. Jest z czego wybierać.
Wynik. KO dla Szczecinka.
Mam nadzieję, że to widać jak się czyta post: zaczęłam od górującego nad miastem Mordoru. Trzy dni w Szczecinku pokazały mi, że miasto nie kręci się wokół „zakładu, którego nazwy wypowiadać nie można”. Szczecinek to znacznie więcej, choć nie da się ukryć, że Mordor jest największym pracodawcą w mieście i jest również siłą napędową zmian w gminie.
I jeszcze jedno, ważne dla tych , co nie wypuszczają z dłoni smartfona i tableta: w Szczecinku świetnie działa Internet, zarówno ten płatny jaki i w punktach Wi-Fi.
Szczecinek wysuwa się na miejsce pierwsze w moim rankingu ulubionych miast w Polsce.
-http://www.szczecinek.pl/
-http://iszczecinek.pl/
-http://e-wakeboard.pl/miejscowki/szczecinek/
-http://szlot.pl/?kategoria=16&id=18
-http://www.sapik.pl/web/?id=0
-http://www.sintji.com/
-http://www.hotelzielinski.pl/
-http://www.marcinwilk.blogspot.com/
-http://www.marekpauli.com/2009borne.htm
Etykiety:
bike,
blogosfera,
heather,
hotelzielinski,
klomynskie,
laba,
marcopolka,
mysiawyspa,
neustettin,
opole,
opolskie,
oppeln,
polen,
polska,
sintji,
szczecineckie,
szczecinek,
trzesiecko,
wakeboard,
zachodniopomorskie
7/09/2013
Podróż 10. Powoli uczę się na błędach, czyli dlaczego należy brać ze sobą aparat.
W sobotę byłam na fajnym koncercie w naszym NCPP.
W mojej głowie koncert zapowiadał się tak:
pustawa scena, na scenie jakaś smutna pani
w długiej sukience wyśpiewuje wersy jej autorskiego wiersza przy akompaniamencie gitary akustycznej. Na widowni listopadowa zaduma. Jedni dumają czy "pojawiające się w zwrotce słowo - noga - to metafora na nogę w gipsie naszego premiera czy może - noga - to symbol twardego stąpania poziemi...", a inni "co ja tutaj robię...uuuu...kiedy to się skończy...uu".
w długiej sukience wyśpiewuje wersy jej autorskiego wiersza przy akompaniamencie gitary akustycznej. Na widowni listopadowa zaduma. Jedni dumają czy "pojawiające się w zwrotce słowo - noga - to metafora na nogę w gipsie naszego premiera czy może - noga - to symbol twardego stąpania poziemi...", a inni "co ja tutaj robię...uuuu...kiedy to się skończy...uu".
Jakże cieszę się, że żadna z moich wizji nie
sprawdziła się. Skąd takie obrazki w mojej głowie? Ano (i to jest bardzo
adekwatne słowo, o czym poniżej) stąd, że wybrałam się na koncert pn. "W
stronę krainy łagodności" - czyli na pierwszy rzut oka ignoranta
kulturalnego, jakim od czasu do czasu bywam, koncert poezji śpiewanej.
Generalizowanie, zakładanie czegoś z góry jest
brzydkie i prowadzi właśnie do takich obaw jak te powyższe. Dlatego generalizować
już nie będę.
Koncert miło mnie rozczarował. Z kilku powodów:
-cena: 35 zł za bilet,
-czas: 5 godzin w amfiteatrze (jedyny minus to
parę siniaków na czterech literach - ławki SĄ niewygodne),
-czas: koncert mało komercyjny, a zatem nikt nie
występował 34 min i 35 sekund, patrzył na zegarek, zgarniał kasę i szedł do
domu jak na dniach miasta w jednym z wielu polskich miasteczek,
-prowadzący/konferansjer: Artur Andrus w
najwyśmienitszej formie serwował żarty jak
z rękawa,
z rękawa,
-występujący. Koncert ułożony tak, że zaczynały
nikogo nie obrażając "raczki" a światło gasiły "dinozaury".
Poczatek to Joanna Kondrat z zespołem (wg mnie
jej występ najbardziej przypominał nostalgiczna poezję śpiewaną), następnie
raciborski (całkiem zacny, zupełnie jak to piwo) zespół Chwila Nieuwagi z energetyczną
wokalistką i fajnymi kawałkami. Chwila nieuwagi i można było nie zauważyć, że
na scenę wtoczyły się pierwsze dinozaury - piesniarz jednej piosenki, którego
skądinąd bardzo lubię, a na koncercie pokazał jeszcze, że ma fajny kontakt z
publicznością - Robert Kasprzycki z zespołem. Żartuję z tą jedną piosenką, bo
ten bard z Krakowa ma jeszcze parę innych ciekawych kawałków a jego zespół daje
czadu.
Następnie na scenę wkroczył gość w czerwonych
spodniach - Piotr Bukartyk i jego team. Kolesia nie lubiłam okrutnie, moja
niechęć nie była absolutnie przez niego zawiniona. Po prostu ktoś mi Bukartyka
kiedyś skutecznie obrzydził. Na sobotnim koncercie nastąpiło katharsis. Teksty,
charyzma, muzyka i ten oryginalny band sprawiły, że jestem fanką Bukartyka 4ever.
Kolejnym dinozaurem okazał się być Stanisław
Soyka z zespołem. Przypomniał swoje największe hity i zademonstrował oryginalny
zespół, składający się między innymi z "gościa na kocu" - jak go
określiliśmy, co jest opisem na pewno krzywdzącym i upraszczającym
rzeczywistość. Muzyk tak naprawdę grał na różnych oryginalnych instrumentach,
których nazw słownik mój nie zawiera.
Na koniec koncertu, gwiazda na którą przybywająca
wraz z zejściem ze sceny kolejnego wykonawcy publiczność czekała: Jaromir
Nohavica. Czeski znam słabo ale słuchałam tego Nohavicy, który wyglądał na
bardzo zadowolonego i wzruszonego swoją i tak liczną naszą - widowni -
obecnością w amfiteatrze, i wydawało mi się, że wszystko rozumiem. Jego
piosenki są krótkie i jak mi się wydaje zabawne. Mogę się mylić okrutnie
oczywiście tak jak w anegdotce ze słowem „szukać”. W ogóle mam słabość do Czechów i czeskiego, czechofilów (znam tylko jednego - Mariusza Szczygła), czeskich artystów ze szczególnym uwzględnieniem Davida Cernego. Ale o tym kiedy indziej i za niedługo.
Nohavica pochodzi z Ostrawy, a ja do Ostrawy
wybieram się już 21.07 na festiwal Colours of
Ostrava - Nohavica liczy, że wkrótce most na autostradzie A1 zostanie
wybudowany a wtedy do Opola będzie bliziutko.
Generalnie post nijak się ma do jego tytułu. Co
tu dużo pisać - nie zabrałam ze sobą aparatu i to był jak zwykle, a zdarzyło mi
się to po raz drugi (za pierwszym razem była to Noc Kultury - a tyle się działo jak na Opole - i kto mi teraz uwierzy, no kto??) - błąd. Aparat ma być przytwierdzony do ręki.
A tak mogę wrzucić jedynie zdjęcie biletu na
koncert zamiast fajnych zdjęć opolskiej publiczności, "pana na kocu"
i gościa w czerwonych spodniach. Buuu.
Etykiety:
Andrus,
blogosfera,
Bukartyk,
Chwila Nieuwagi,
Colours of Ostrava,
czechy,
Kasprzycki,
Kondrat,
marcopolka,
NCPP,
Nohavica,
opole,
opolskie,
oppeln,
Ostrava,
poezja,
Soyka
7/04/2013
Projekt "Jajko". To już finisz.
Kosiątko ma dwa tygodnie. Jest duże, hałaśliwe i żarłoczne. I myślę sobie, że to prawie koniec projektu "Jajko" bo za niedługo weźmie kosiątko nogi za pas i fruuu.
Wyjeżdźam na dni 3 i po powrocie nabawię się syndromu pustego gniaza. Dosłownie.
Tymczasem zamieszczam kilka interesujących ujęć, między innymi ujęcia z dzisiejszego "lunchu".
Wyjeżdźam na dni 3 i po powrocie nabawię się syndromu pustego gniaza. Dosłownie.
Tymczasem zamieszczam kilka interesujących ujęć, między innymi ujęcia z dzisiejszego "lunchu".
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































