Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blackbird. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blackbird. Pokaż wszystkie posty

10/29/2013

Project "Egg." A melodrama.

Life (not only a human life) tends to be complicated. Today's peacock is tomorrow's feather duster. Sometimes happiness, sometimes sorrow.


7/04/2013

Projekt "Jajko". To już finisz.

Kosiątko ma dwa tygodnie. Jest duże, hałaśliwe i żarłoczne. I myślę sobie, że to prawie koniec projektu "Jajko" bo za niedługo weźmie kosiątko nogi za pas i fruuu.
Wyjeżdźam na dni 3 i po powrocie nabawię się syndromu pustego gniaza. Dosłownie.
Tymczasem zamieszczam kilka interesujących ujęć, między innymi ujęcia z dzisiejszego "lunchu".








7/02/2013

Projekt "Jajko". Etap "jedz dżdżownicę, będziesz wielki".

Podziwiam tych wszystkich łażących po bagnach, lasach i jeziora ornitologów, piewców natury, reporterów pokroju "z kamerą wśród zwierząt", Davida Attenborough.
Zrobić fotkę jednemu małemu kosowi (kosu? kosiątkowi?) jest niełatwo. I to z kilku powodów.
Zapora nr 1, tzw. "surowi rodzice". Jak nie matka rozpościera skrzydła nad młodym, to ojciec groźnie popiskuje.
Zapora nr 2, tzw. out of focus. Obiektywu makro nie posiadam i radzę sobię jakoś z użyciem mojego 14-42. Ale jak to Małe się poruszy, to kaplica. Chyba muszę zapisac się na warsztaty fotograficzne.
Zapora nr 3, tzw. lack of time. Należy uzbroić się w anielską cierpliwość i czekać. Czekać. Czekać. Gwarancji na interesującą sutuację nie daję. A jeśli się taka pojawi - patrz zapora nr 2. Przeważnie zapora nr 3.
Oto wyniki. National Geographic na pewno się mną nie zainteresuje.

6 dni poza skorupą:



 
7 dni poza skorupą 


10 dni poza skorupą


6/24/2013

Projekt "Jajko". I mamy dramat.


W życiu (i to nie tylko ludzkim) bywa różnie. Raz na wozie, raz pod wozem. Czasem słońce, czasem deszcz.
W ptasim życiu również bywają wzloty i upadki. Dosłownie. Choć w tym przypadku trudno stwierdzić, co się stało. To zadanie dla ornitologa albo Sherlocka Holmesa, choć ja wolę wrocławskiego detektywa Eberharda Mocka.

Przychodzę ja na balkon dnia czwartego, czyli w niedzielę i co widzę? Nie ma 3 ptaków. Ostał się jeden. Śladów zbrodni wokoło brak. To znaczy ptasich zwłok nie dostrzegłam, ptasich piór też nie (w sumie o jakich piórach ja piszę, toż to one piór nie miały jeszcze). Teraz mam wyrzuty sumienia, że żartowałam, że przerobię niedoszłe ptasie jaja na jajecznicę. Wyszło, że jestem sadysta. Ale to nie ja, nie przyłożyłam ręki (i patelni) do tego, że z czworaczków zrobił się jedynak. Ktoś wie, o co chodzi?


Czy to wyrodni rodzice pozbawili je życia, czy kot pokroju kota Sylwestra z kreskówek połknął je żywcem? A może drapieżca z osiedla AK, czytaj jakiś jastrząb czy inny sokół, zjadł je na podwieczorek?
Jak widać, nawet w ptasim życiu dramaty i tajemnice się zdarzają.

Acha, i nie, nie zjadł tych 3 kosiątek mój pies, żeby była jasność.

Language of Shakespeare although the text below lacks Shakespearian quality ;)

Life (not only a human life) tends to be complicated. Today's peacock is tomorrow's feather duster.
Sometimes happiness, sometimes sorrow.

A bird’s life also tends to be ups and downs. Literally. Although in this case it is difficult to tell what’s happened. It’s the task for the ornithologist or Sherlock Holmes or Wroclaw detective Eberhard Mock, whom I like a lot.

Back to the point. I entered the balcony on the fourth day with the intention to say hello to the blackbird family. It was Sunday morning, the sun was shining. Suddenly, something drew my attention. What have I seen? Or, what I haven’t seen. There was only one bird out of four that hatched in the nest. The rest three were nowhere to be seen. The crime scene gave no further evidence where the three birds were, neither what has happened to them. I saw no bird bodies, bird feathers (that was pretty obvious as the chicks had no feathers whatsoever). Now, I do feel guilty I made some jokes about making the four blackbird eggs into a scrambled eggs. It turned out I’m a sadist which is obviously not true. I confess that I did not take part in it, neither my pan did, neither my dog did. What is left is that instead of quadruplets, there in an only child in the nest. A nameless chick.

Has anybody witnessed what’d happened?

Has it been for the dreadful blackbird parents to deprive their children of life? Or has it been a predator such as Sylvester the Cat from the cartoon movie to eat them for its breakfast?
I will appreciate any evidence to help me solve this puzzling story.
As one can see, not only human life is subject to dramas.

Meanwhile, the only child is growing rapidly...no wonder – I ‘m positive that if I were fed with big, fat caterpillars, I would end up as “Supersize Me.”

6/21/2013

Projekt "Jajko". Środek.

I jajko zmianiło się w ... kosa.
Trochę się naczekałam, gapiąc się w 4 nakrapiane jajka. Nie jestem ornitologiem, myśłałam, że trzeba będzie je jednak na jajecznicę przeznaczyć (żartuję bracia Ekolodzy. A tak na marginesie, zacne pomysły na jajecznicę ma Delimamma. Check this out).
Jajka wyczuły pismo nosem i się wykluły.
20.06 pierwsze dwa, 21.06 dwa następne.
Teraz poluję na zdjęcie z robakiem :) 








6/11/2013

Projekt "Jajko". Początek.

Przez te upiorne deszcze przez parę dni nie wchodziłam na balkon. Uznałam, że konewka z wodą jest zbędna. Kwiatki tak czy owak zostaną podlane i to deszczówką. Pomijam fakt, że deszczówka posiada pewno pół tablicy Mendelejewa w sobie, żyjemy w czasach iście niebezpiecznych.
Weekend przyniósł częściowo bezdeszczową pogodę i wlazłam na balkon rozglądając się czy aby kwiatki nie pozdychały, czy aby ich mszyca nie pożarła (miała ucztę menda) i aby powiesić to i owo na balkonowym sznurku.

Patrzę w prawo (mam taką półeczkę drewnianą przytwierdzoną do ściany na mosiążnych wspornikach zakupionych sto lat temu na targu staroci) i...okazało się, że mam "lokatorów", którzy zupełnie bez mojej wiedzy i zgody - samowola budowlana jak się patrzy - wybudowali sobie gniazdo na mojej białej truskawce rosnącej w fioletowej doniczce. Truskawka ledwo dycha przygnieciona ciężarem gniazda i już się nie dowiem, jak wygląda owoc białej truskawki na żywo, chyba, że sobie kupię kilo na Cytrusku.

Nie mam nic przeciwko różnej maści stworzeniom, nawet mrówkę żal mi jest życia pozbawić. Zawsze jednak do głowy mi wpajano, że skrzydalci goście na balkonie to robaki, pasożyty i inne budzące grozę stwory przed którymi nic tylko brać nogi za pas. Zaraz mi się też przypominiał jeden z odcinków kulinarnych podróży Gordona Ramsey'a po ptasie gniazdo, które potem wylądowało na talerzu. Brrr. W każdym razie mam na balkonie to gniazdo, pewno z robakami a w gnieździe aż cztery jajka. Małe, zielone, nakrapiane brązowymi plamkani. Strażnik gniazda to szarobrązowy ptak o żółtym dziobie. Łypał na mnie nieco przestraszony jak robiłam mu zdjęcie. Na szczęście na moment odleciał i udało mi się sfotografować niedoszłą jajecznicę.

Wikipedia podopowiada, że na mojej fioletowej doniczce gniazdo uwił sobie kos. Z tą jajecznicą to oczywiście żarotwałam, Wiki informuje, że to gatunek objęty ścisłą ochroną w Polsce, i że los kosa nie jest wesoły. Zewsząd czycha na niego niebezpieczeństwo. Z lewa koty, kuny i inne wydry, z prawa zdegustowani właściciele ogrodów działkowych i domów z betonu. Tak więc lituję się nad losem kosa. Dostawiam mu miskę z wodą i jabłko i monitoruję codziennie czy życie rodzinne kwitnie należycie.

Dzień 6. 4 jajka. Pani kosowa pozwala na kilka fotek.